Echogorzowa logo

wiadomości z Gorzowa i regionu, publicystyka, wywiady, sport, żużel, felietony

Jesteś tutaj » Home » Nasze rozmowy »
Damiana, Romana, Romany , 23 lutego 2024

Nie możemy umówić się z rekinem na pozowanie

2023-10-05, Nasze rozmowy

Z Marcinem Małuszkiem, fotografem i nurkiem, rozmawia Maja Szanter

Fot. Archiwum prywatne M. Małuszka
Fot. Archiwum prywatne M. Małuszka

- Cicho jest pod wodą?

- Nie. W oceanie cały czas słuchać szum fal, woda przesuwa drobinki kamyków, cały czas coś się dzieje. Ten dźwięk jest bardzo uspakajający, świetny do medytacji i zasypiania, ale w oceanie nie ma absolutnej ciszy. Dźwięk rozchodzi się bardziej niż w powietrzu, wszystko słychać nawet z większej odległości. Gdzieś tam płynie łódka, słychać jej silnik, a wokół nic nie widać. Nie ma ciszy, ale to też nie jest hałas.

- Żeby być fotografem podwodnym, najpierw trzeba być nurkiem czy fotografem?

- Myślę, że droga dojścia do efektu podwodnej fotografii jest indywidualna.  Może być najpierw pasja fotografią, później dochodzi nurkowanie albo w drugą stronę – najpierw nurkowanie, przy czym nie trzeba być wyczynowcem w pływaniu. Z czasem pojawić się może chęć utrwalania tego, co jest pod wodą i próba pogodzenia tych rzeczy.

- Co było pierwsze u pana?

- Fotografia zawsze u mnie była, ale bardzo amatorska. Najpierw jednak było nurkowanie, a zaangażowanie się w fotografię wynikało z chęci utrwalenia i zachowania tego, co widziałem pod wodą, dla przyszłych pokoleń, bo jednak krajobraz podwodny bardzo szybko się zmienia i degraduje.

- Na czym te zmiany polegają?

- Można je obserwować globalnie. Jeśli mówimy o jeziorach, na przykład w pobliżu Gorzowa, to widać, że woda opada, rośliny schodzą coraz głębiej, są duże zakwity z uwagi na podniesienie temperatury wody. A jeżeli chodzi o ciepłe wody, to widać wszędzie. Rafy bieleją, podnosi się temperatura wody, jest mniej ryb w danym rejonie albo pojawiają się takie gatunki, które nigdy tam nie występowały.

- Od jakich wód najlepiej znacząć nurkowanie?

- Są dwa podejścia. Kiedy zaczynałem nurkować, instruktorzy - Polacy, którzy uczyli mnie nurkować w polskich jeziorach mówili mi, że jak się nauczę nurkować w naszych ciemnych wodach, to dam sobie radę wszędzie. Taka ścieżka na pewno nie będzie zła, natomiast wiąże się to z takimi kwestiami, jak choćby bardzo krótki sezon nurkowy w Polsce. Można oczywiście nurkować cały rok, ale to wymaga całkiem innego sprzętu, co z kolei wiąże się z kosztami. Można też od razu uczyć się w ciepłych wodach. Przecież ludzie, którzy mieszkają w tropikach nie jeżdżą specjalnie do Kłodawy czy na Długie, żeby nauczyć się nurkować w ciemnym jeziorze, tylko nurkują całe życie wyłącznie w jasnych i przejrzystych wodach. I ta droga jest równie dobra.

- Na ile wymagające jest fotografowanie pod wodą?

- Przede wszystkim trzeba być dobrym nurkiem, czyli nie mieć problemów z obsługą sprzętu, który się ma na sobie. Oczywiście, nurkowanie różni się w zależności od tego, gdzie nurkujemy i z jakim sprzętem – z jedną butlą czy z dwiema, czy w ciepłych wodach, gdzie wszystko widać, czy w ciemnych, gdzie potrzeba oświetlenia, żeby cokolwiek zobaczyć. Zacząłbym więc od tego, że trzeba umieć i lubić nurkować. Wymaganą umiejętnością jest wzorowa, idealna pływalność, umiejętność zawiśnięcia w toni bez ruchu. To bardzo ważne, żeby nie spadać na obiekt, który jest pod nami, czy to rafa, trawa, inny nurek czy zwierzę. Dobrze jest nie naruszać tego środowiska. Poza tym wszelkie gwałtowne ruchy pod wodą płoszą zwierzęta, a to nie pomaga w robieniu zdjęć.

- A na ile ważne jest dobre przygotowanie fotograficzne?

- Ono na pewno pomaga. Zdarzają się kursy podwodnej fotografii, podczas których można wielu rzeczy się nauczyć. Oczywiście korzystałem z takich kursów, także tradycyjnej fotografii na lądzie. Konsultowałem też swoje prace i podejście do fotografii pod wodą z zawodowcami, których darzę szacunkiem. Trzeba się uczyć cały czas, żeby być coraz lepszym w tym, co się robi.

- W jaki sposób organizuje pan swoje oceaniczne wyprawy?

- Co jakiś czas z zaprzyjaźnionymi nurkami przygotowujemy takie wyprawy. Wybieramy region świata, gdzie chcielibyśmy nurkować i gdzie wiemy, że jest coś interesującego pod wodą i jedziemy większą grupą. Na miejscu organizujemy ekipę miejscowych przewodników, która nas obsługuje.

- Gdzie jeździcie najczęściej?

- Nie ukrywajmy, są to kosztowne wyjazdy, więc rzadko się zdarza, że wracamy w to samo miejsce. 70 procent świata to oceany, a miejsc do nurkowania jest naprawdę sporo. Inspiracje często czerpiemy z Internetu.  Jeżeli kogoś interesują rekiny, to może pojechać na Palau na Oceanie Spokojnym do rezerwatu rekinów, gdzie są pod ochroną i można je obserwować. Ale równie dobrze można pojechać od RPA i oglądać rekiny, które pojawiają się w prądach albo nurkować w klatce w okolicach Kapsztadu w zimnych wodach, gdzie przypływają żarłacze. Albo na Bahamach, gdzie się karmi rekiny. Można wybierać, możliwości jest sporo. Ogranicza nas tylko czas i pieniądze.

- A specjalistyczne oferty biur podróży?

- Zapisując się na takie wyprawy można spotkać nowych nurków i ponurkować w fajnym miejscu. Trzeba tylko pamiętać, że czas z innymi nurkami spędza się na powierzchni, ale pod wodą jest się głównie samemu albo w parze. Bezpieczne nurkowanie to nurkowanie partnerskie, w parach. Wspieramy się wówczas, pilnujemy, pomagamy. Trzeba mieć zaufanie do takiej osoby, jej umiejętności, ta osoba też wie, jak my nurkujemy i czego się można po nas spodziewać. Ja najczęściej nurkuję z żoną. Ona mi wyszukuje tematy do fotografii, ja się skupiam, włażę w jakąś dziurę i próbuję robić zdjęcia. Żona się nie denerwuje, bo wie, co ja robię, czeka aż skończę i płyniemy dalej, za grupą czy do kolejnego obiektu. 

- Gdzie pana ciągnie najbardziej?

- Mam swoja krótką listę miejsc, do których chciałbym pojechać, zanurkować i zobaczyć, co tam jest. Staram się łączyć podczas wyjazdów, żeby miejsce było interesujące zarówno pod wodą, jak i na lądzie. Czas spędzany na lądzie też ma być atrakcyjny. Nie chcę siedzieć tylko w hotelu, ale zobaczyć coś poza nim. Czy to będzie przyroda, historia czy ludzie, to jest wtórna kwestia. Jeżeli chodzi o fotografowanie pod wodą, to wszystko mnie interesuje. Porównuję fotografię podwodną do lądowej street-foto, gdzie nie wiemy, co nas spotka i trzeba się wykazać refleksem, korzystać z tego, co przynosi chwila. Nie możemy umówić się z rekinem na pozowanie albo z żółwiem, chociaż z nim jest prościej. Ośmiornice czy bardziej płochliwe zwierzęta raczej obserwujemy i próbujemy zrobić im ciekawe zdjęcie.

- Co jest na pańskiej liście marzeń?

- Chciałbym sfotografować rekiny wielorybie – największą rybę na świecie. Albo takie rybki, podobne do mandaryna, występujące tylko w kilku miejscach na świecie. Marzą mi się bardzo rzadko spotykane gatunki, trudne do sfotografowania, bardzo małe, płochliwe i dodanie ich do kolekcji. ,,Polowanie” na mandaryna zajęło mi całe nurkowanie i wymagało wiszenia nad rafą, obserwowania czy i gdzie się pojawi.

- Ile trwa jedno nurkowanie?

- W amatorskim nurkowaniu jest to około godzina. Ogranicza nas ilość powierza w butli.

- Na jaką głębokość pan schodzi?

- Do 40 metrów.

- Jest tam już ciemno?

- W oceanie nie, ale nie ma już tylu kolorów, co wyżej, bo słup wody odcina kolory wraz z głębokością. Jest szaro-niebiesko. W wodach tropikalnych nie pływamy w mroku, ale nie jest to już taki żywy kolor. W jeziorach jest już ciemno na 10 metrach…

- Miewał pan niebezpieczne sytuacje pod wodą?

- Pod wodą jesteśmy w środowisku, które nie jest dla nas przyjazne i każdy błąd możne skutkować jakimś wypadkiem. Żadnej sytuacji ze zwierzętami nie miałem ani nie byłem świadkiem ataku na nurka. Są to naprawdę bardzo rzadkie przypadki. Awarie sprzętu się zdarzały, ale drobne, były one pod kontrolą, na niewielkich głębokościach. Nie powodowały nadmiernego stresu, który pod wodą jest niedobry. Panika powoduje, że postrzegamy wszystko inaczej i wtedy jest dużo łatwiej o błąd. System partnerski polega też na tym, że sprawdzamy sobie wzajemnie sprzęt, czy mamy dokręcone powietrze w butli, czy nic nam nie dynda, czym można zahaczyć. Dbamy o siebie.

- Od kiedy pan nurkuje?

- Od 16 lat.

- Jest już rutyna?

- I tak, i nie. Niektórzy mówią, że rutyna zabija. Ja nie nurkuję aż tak często, więc nie mogę mówić o tym, że wykonuję pewne czynności mechanicznie, nie zwracając na nie większej uwagi. Mam jeszcze zawór bezpieczeństwa, że muszę wszystko sprawdzić, serwisuję sprzęt na bieżąco, mam pewność co do niego, że nie dostało się gdzieś ziarenko piasku czy nie odłożyła się sól i coś będzie blokowała. W sprzęcie fotograficznym włos w uszczelce może powodować, że nam zaleje aparat i będzie do wyrzucenia.

- Ustawia pan aparat pod wodą?

- Tak. Robię zdjęcia normalnym aparatem fotograficznym, wkładam go do obudowy, która ma  certyfikat do konkretnej głębokości. I tak przygotowany sprzęt z lampami zabieram pod wodę. W zależności od warunków i rodzaju zdjęcia ustawiam pod wodą parametry. Obudowa pozwala mi w pełni wykorzystać wszystkie możliwości aparatu.

- Ile on waży?

- Aparat, akumulatory, lampy, obudowa – wszystko około 10 kilogramów. Pod wodą to nie waży, to waży w samolocie. Dążymy do tego, żeby odbudowa miała neutralną pływalność, to znaczy że jeśli ją puszczę, to ona nie tonie, a wisi przede mną. Staramy się, żeby operowanie sprzętem pod wodą było lekkie i naturalne, żeby nie walczyć z utrzymaniem sprzętu i drżeniem rąk. Na powierzchni aparat zajmuje cały bagaż i to jest największy problem.

- Jeździ pan ze swoim sprzętem do nurkowania?

- Tak, nie zabieramy ze sobą tylko balastu – ołowiu do dociążenia i butli z  powietrzem. Nie można przewozić w samolocie zbiorników z gazem, a też cerftyfikacja butli na miejscu byłaby zbyt uciążliwa – zmiany ciśnień wymagałyby rozkręcenia zaworów, a ponowne ich skręcanie - powtórnego certyfikowania. 

- Ile razy w roku pan jeździ na wyprawy?

- Ogranicza mnie urlop. W jeziorach można nurkować codziennie, przed pracą, po pracy, niektórzy nurkują w czasie pracy. Na oceaniczne wyjazdy trzeba wziąć urlop. Nie przeznaczam też całego urlopu na nurkowanie, rodzina chce coś pozwiedzać, mimo że żona nurkuje, podobnie jak starsza córka, młodsza nie jest tym na razie zainteresowana.

- Ile trwa taka wyprawa?

- To zależy, co się chce zobaczyć. Mikronezja na Palau zajęła nam dwa dni na przelot w jedną stronę. Wyjazd na tydzień w takie miejsce się nie opłaca, byliśmy tam 16 dni, z czego dni siedem dni nurkowych.

- Na każde nurkowanie zabiera pan z sobą aparat?

- Tak, ostatnio już tak.

- A na lądzie?

- Robię sporo zdjęć, głównie przyrody, ale i architektury, rzadko fotografuję ludzi. Ta moja pasja musi znajdować ujście. Ale też dzięki temu cały czas mam obeznanie ze sprzętem, bo pod wodą potrzebny jest refleks i obycie z aparatem. To pozwala na ciekawe skomponowanie kadru.

- Ile zdjęć robi pan podczas nurkowania?

- Czasem sprzęt nie pozwala zrobić dużo, człowiek widzi inaczej, mamy szerszy kąt widzenia niż aparat. Rybka nie zapozuje, a podwodne zwierzęta potrafią mieć prędkości. To trochę jak fotografia sportowa, gdy obiekt jest w ruchu. Problemem jest także światło. Ono jest kluczowe. Jedno udane zdjęcie to czasem mnóstwo wykonanych ujęć. Z Mikronezji przywiozłem 2,5 tysiąca zdjęć, z tego 170 wydrukowałem do albumu, a na wystawie  było 12. Takie są proporcje. Fotografowie mówią, że wystarczy, że wyjdzie jedno, ale dobre.

- Dziękuję za rozmowę.

Fot. Archiwum prywatne Marcina Małuszka

X

Napisz do nas!

wpisz kod z obrazka

W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych i na potrzeby wtyczek portali społecznościowych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki.
Zrozumiałem, nie pokazuj ponownie tego okna.
x