2026-01-06, Nasze rozmowy
Z Jarosławem Dąbrowskim, gorzowskim szewcem, rozmawia Przemysław Dygas
- Skąd wzięła się u pana pasja do szewstwa?
- Rzemiosła uczyłem się od dziadka i taty. W naszym domu buty pachniały skórą od zawsze. To była naturalna droga, najpierw podglądanie, potem pomaganie, a później już poważna nauka. No i oczywiście musiałem zdać egzamin w cechu rzemieślniczym. Kiedyś inaczej się do zawodu nie wchodziło.
- Dziś takich egzaminów już nie ma. Jak pan patrzy na tę zmianę?
- Obecnie każdy, kto uważa, że „coś tam potrafi”, może otworzyć zakład. Nie ma weryfikacji umiejętności. Ale wie pan, klient szybko takiego fachowca zweryfikuje. Jak ktoś robi fuszerkę, to ludzie po prostu do niego nie wrócą.
- Do pana wracają, bo drzwi w zakładzie praktycznie się nie zamykają. Ile pracy ma pan na co dzień?
- To prawda, drzwi się nie zamykają. Dziennie przyjmujemy od 50 do nawet 100 par butów. Dużo. Choć zdarzają się klienci niezadowoleni, każdemu się nie dogodzi. Ale generalnie ludzie wiedzą, gdzie przyjść po solidną robotę.
- Czy zdarzają się trudni klienci?
- Oczywiście, jak wszędzie. Są tacy, którzy chcą cudów i narzekają na każdy szczegół. Ale ja się nie zrażam. Każdy ma prawo być wymagający, a ja staram się zrobić wszystko najlepiej, jak potrafię. W końcu najważniejsze jest, żeby klient wyszedł zadowolony.
- Pana zakład to miejsce z długoletnią tradycją?
- Tak, nasza rodzinna firma działa od 1976 roku. Ja sam pracuję już ponad trzydzieści lat. To kawał życia i sporo doświadczenia.
- Czy buty dziś rzeczywiście psują się częściej niż kiedyś?
- Oj, psują się, psują. Teraz buty są robione dużo gorzej. Materiały są słabsze, wiele produkcji przeniesiono do Chin. Kiedyś but to był but, solidny, skórzany, wytrzymały. Dziś często odklejają się, pękają, potrafią się rozsypać po sezonie. Dużo zależy oczywiście od sposobu użytkowania.
- Czyli klienci też „psują” swoje obuwie niewłaściwym użytkowaniem?
- Oczywiście. Pranie butów to największa zmora. Skórzanych butów nie wolno prać w pralce. Materiałowe, owszem, ale w 30 stopniach. No i ludzie nie używają łyżek do butów, a niektórzy nie wiedzą o tym, że taki przyrząd istnieje. Młodzi szczególnie, szarpią, rozpychają, a potem płacz, że zapiętki zjechane.
- Jakich rad pan udziela klientom, aby buty służyły dłużej?
- To co już wspominałem, czyli używać łyżki do zakładania, nie prać skórzanych butów w pralce. Warto inwestować w jakość, kupić buty z lepszego materiału, który będzie bardziej wytrzymały. I wreszcie czyszczenie i impregnacja. Tyle wystarczy, a buty odwdzięczą się latami.
- Z czego wynika tak duża różnica w trwałości taniego i droższego obuwia?
- Buty za 50–100 złotych są zwykle z tworzywa sztucznego. Stopa się w tym poci, materiał pęka, podeszwa kruszeje. Czasem lepiej dołożyć trochę pieniędzy i kupić coś porządnego. To się po prostu opłaca.
- Wie pan, ilu szewców zostało jeszcze w Gorzowie?
- Niewielu. W centrum przy ulicy Garbary jesteśmy praktycznie sami, a na osiedlach, z tego co wiem, działa jeszcze dwóch panów.
- Dlaczego młodzi nie chcą iść do zawodu?
- Bo to praca wymagająca cierpliwości i dokładności. A dziś wielu młodych chce szybko, łatwo i najlepiej od razu dużo zarabiać. Ja bym chętnie wziął ucznia na praktyki, ale nie ma chętnych.
- Czy w takim razie zawód szewca przetrwa?
- Myślę, że tak. Buty zawsze będą się psuły, nawet te dobre. No i ciągle naprawiamy też kurtki, torebki, walizki, ludzie mają rzeczy, które chcą ratować. Zawód nie zniknie, dopóki ktoś będzie umiał po prostu dobrze naprawić to, co inni wyrzucają.
- Dziękuję za rozmowę.
Z Jarosławem Dąbrowskim, gorzowskim szewcem, rozmawia Przemysław Dygas