Echogorzowa logo

wiadomości z Gorzowa Wlkp., publicystyka, sport, żużel, felietony, blogi

Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Ambrożego, Florentyny, Gawła , 16 października 2021

Kaczanowski: Ma nieodpowiedni życiorys, z którego jest dumny

2021-07-27, Rozmowa tygodnia

Z Janem Kaczanowskim, przewodniczącym Rady Miasta, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_31010.jpg
Fot. Jan Wojtanowski

- Na wstępie proszę przyjąć najserdeczniejsze życzenia z okazji 70 urodzin i powiedzieć, skąd pan pochodzi, bo nie jest pan rodowitym gorzowianinem?

- Serdecznie dziękuję za życzenia. To prawda, urodziłem się 28 lipca 1951 roku w Kwilczu, 70 kilometrów od Gorzowa jadąc starą trasą do Poznania. Mieszkałem w tych okolicach dziesięć lat i jeśli czegoś naprawdę się nauczyłem od Wielkopolan, to gospodarności.

- Przeprowadzka do Gorzowa czym była spowodowana?

- Mój ojciec otrzymał propozycję dalszej pracy na kolei w tym rejonie i mogę powiedzieć,
że w zasadzie od 60 lat jestem gorzowianinem. Nie wiem, kiedy to wszystko tak szybko zleciało, ale każdy chyba zadaje sobie podobne pytania, kiedy przychodzi mu świętować okrągłe lata.

- Ma pan jeszcze związki z miejscem urodzenia?

- W Kwilczu, niestety, nikt już nie mieszka z mojej rodziny. Ale ze względu na to, że miałem aż dziewięcioro rodzeństwa i niektórzy z nich pozostali w regionie, to ten kontakt z rodziną nadal jest bardzo szeroki. Co prawda część rodzeństwa niestety odeszła, jeden z braci, górnik na emeryturze, mieszka na Śląsku, a dokładnie w Knurowie, w okolicach Zabrza, ale są rodziny tych, których pożegnaliśmy. Staramy się corocznie organizować przynajmniej jeden taki rodzinny zlot, najczęściej czynimy to w okolicach Międzychodu, gdzie mieszkają moje dwie siostry i o frekwencję nigdy nie musimy się martwić. Najbliższe takie spotkanie czeka nas w połowie sierpnia i już nie mogę się doczekać, ponieważ będzie powiązane także z moimi urodzinami.

- Wielu pamięta pana jako wojewódzkiego inspektora Inspekcji Handlowej w Gorzowie, wcześniej bankowca, ale pańska droga zawodowa jest zdecydowanie bogatsza. Zaczynał pan jako?

- Jako młody chłopak poszedłem w ślady ojca i trafiłem na PKP. Przez kilkanaście lat pracowałem najpierw jako ślusarz, potem brygadzista i mistrz w Wagonowni przy naprawie wagonów. Do dzisiaj mam w domu galowy mundur kolejarza.

- Jako wojewódzki inspektor wziął się pan za ,,chrzczone’’ paliwo. Jak to było?

- Było to już w 2002 roku, kiedy w Polsce ten proceder stał się nagminny. Oczywiście wszystkich nie mogliśmy skontrolować, ale lubuskie stacje były wtedy pod naszą lupą. Powiem szczerze, że to co się wtedy działo z paliwem, to był dramat. Mieliśmy wtedy do czynienia z mafijnym wręcz układem. Dodam nieskromnie, że w oparciu o nasze lubuskie doświadczenia Sejm przyjął ustawę o kontroli jakości paliw. Od strony zawodowej uważam to za jeden z moich największych sukcesów, choć przyznaję, że był to dla mnie trudny okres. Pojawiały się wobec mnie sugestie, żebym zaprzestał niektórych kontroli.

- Jakiś medal potem pan za to dostał?

- Nawet dyplomu nie otrzymałem. Widocznie mam nieodpowiedni życiorys, z którego jestem dumny.

- Jeszcze zapewne do niego wrócimy, ale najpierw chciałbym zapytać się, za co lubi pan Gorzów?

- Jest pięknie położony nad Wartą i Kłodawką, do której dopływa jeszcze struga Srebrna, a w Santoku do Warty wpływa Noteć. Jak ktoś kiedyś wyliczył Gorzów leży także na siedmiu wzgórzach. Lubię również panujący tutaj specyficzny klimat wielokulturowości. Myślę, że jesteśmy ponadto miastem rodzinnym, a przyczyniły się do tego duże zakłady produkcyjne. Swoją drogą, największy, czyli Stilon
7 lipca obchodził 70-lecie swojego istnienia. Jest więc starszy ode mnie o równo trzy tygodnie. To tak na marginesie.

- Nie wszyscy o tym pamiętali.

- A powinniśmy, bo to wielka tradycja i wspaniała historia. Do dzisiaj w Polsce, jeśli mówi się
o Gorzowie, to wielu pamięta nas, między innymi z produkcji taśm magnetofonowych, żyłki wędkarskiej, naciągów tenisowych, potem dyskietek i kaset wideo. Stilon to było małe miasteczko, które potrafiło same o siebie zadbać, ale i o miasto, budując potężną infrastrukturę oświatową, medyczną, gastronomiczną, wczasową czy sportowo-kulturalną.

- A naszych mieszkańców za co pan lubi?

- Za racjonalne myślenie w wielu sprawach. Zarówno politycznych, jak i społecznych czy takich codziennych. Często rozmawiam z mieszkańcami na różne tematy i widzę, że mają bardzo szeroki ogląd na miejskie sprawy, świetnie rozumieją problemy, z jakimi boryka się miasto, ale wysuwają też ciekawe propozycje do dyskusji. Podobna mi się również podejście gorzowian do spraw trudnych, jak choćby pandemii. Rozumieją, że trzeba dbać o zdrowie, szczepić się, żeby jak najszybciej odsunąć od siebie panującą zarazę. Może jeszcze nie wszyscy, ale liczę, że zdołamy w niedługim czasie zyskać społeczną odporność. Jest to ważne, bo lepiej chodzić na wesela niż stypy. Poza tym niektórzy
w mojej rodzinie przechorowali covida, a starszy o 5 lat brat, zmarł parę lat temu na powikłania związane z grypą. Dlatego jestem bardzo świadomy, czym to się może skończyć, jeśli nie słucha się lekarzy i epidemiologów.

- Czy mieszkańcy nie są czasami zbyt marudni?

- Ja uważam, że są pragmatyczni w swoich ocenach. Podam przykład. Drugi sezon jest realizowany projekt ,,Dobry Wieczór Gorzów’’. Okazuje się, że mieszkańcy wychwalają to działanie, a więc umieją docenić to co dobre.

- Pana zdaniem Gorzów pięknieje, czy jest miastem zaniedbanym?

- Dla mnie pięknieje, ale żeby mieć rzeczywisty obraz naszego miasta musimy jeszcze trochę poczekać. Mam nadzieję, że po skończeniu tych głównych remontów i inwestycji łatwiej będzie ocenić miasto jako całość. Dajmy sobie jeszcze 3-4 lata.

- Uważa się pan za społecznika, ale skoro jest pan radnym od wielu kadencji, działa pan w strukturach partii, to nie ucieknie pan od opinii, iż jest politykiem. Kiedy zainteresował się pan tą działalnością?

- Wszystko zaczęło się jednak od pasji społecznikowskiej. Było to już w szkole zawodowej w połowie lat 60. Pamiętam jak dzisiaj, że w ,,Mechaniku’’, do którego chodziłem, podczas jednej z lekcji wychowania obywatelskiego, ówczesny dyrektor szkoły, wspaniały człowiek, Henryk Śmiglak przy wszystkich uczniach w klasie powiedział, że na pewno zostanę działaczem społecznym. Już jako nastolatek zacząłem działać w organizacjach młodzieżowych. Z własnej inicjatywy sami jeździliśmy
np. na wieś pomagać rolnikom w żniwach. Wiem, że dla niektórych może wydawać się to dziwne, ale ja tego się nie wstydzę. Może dlatego, że wywodzę się z rodziny wielodzietnej i od dzieciństwa starałem w miarę możliwości pomagać. Nawet w najdrobniejszych sprawach.

- Nie myślał pan kiedyś, żeby zostać prezydentem miasta?

- Nie miałem aż tak dużych aspiracji, żeby starać się o to stanowisko i nigdy nic nie zrobiłem w tym kierunku. Mogłem natomiast powalczyć o mandat posła w 2001 roku, ale ostatecznie przesunąłem się na partyjnej ławeczce i na moje miejsce poszedł Jakub Derech-Krzycki, któremu pomogłem
w kampanii. Nigdy nie żałowałem tej decyzji, bo jednak działalność na polu lokalnym daje mi dużo większą satysfakcję.

- A gdyby został pan prezydentem, to inaczej pokierowałby rozwojem miasta niż ma to miejsce na przestrzeni ostatnich dwóch dekad?

- Myślę, że zebrałem na tyle duże doświadczenie, i nieskromnie powiem, że poradziłbym sobie, a czy coś zmieniłbym w obecnym rozwoju? Chyba tylko w niektórych szczegółach. Uważam,
że w przypadku strategicznych działań poprzedni prezydent Tadeusz Jędrzejczak, jak i obecny Jacek Wójcicki prowadzą miasto we właściwym kierunku. W przypadku tego pierwszego przypomnę,
że doczekaliśmy się Trasy Średnicowej, Słowianki, Mostu Lubuskiego, modernizacji Mostu Staromiejskiego, Filharmonii, czy Bulwaru nad Wartą. W przypadku prezydenta Wójcickiego lista inwestycji jest również bardzo długa, wystarczy przejść się przez miasto, a widać to gołym okiem np. budowa Centrum Edukacji Zawodowej i Biznesu, budowa hali widowiskowo-sportowej, przebudowa stadionu lekkoatletycznego, przebudowa ul. Kostrzyńskiej, ul. Sikorskiego, ul. Chrobrego, modernizacja wschodniego wylotu drogi krajowej nr 22, czy rozbudowa ul. Myśliborskiej i ul.Szczecińskiej oraz wiele innych.

- I pan także wszystkie by je prowadził?

- Zastanowiłbym się nad innym finansowaniem budowy np. Filharmonii, bo dzisiaj musimy niemal
w całości utrzymywać ją z budżetu miasta.

- Jak skończą się główne remonty dróg, powstanie hala, to w jakim kierunku powinniśmy pójść jako miasto w następnych latach?

- Konieczna jest szybka rewitalizacja starej substancji mieszkaniowej, a w dalszej perspektywie budowa północnej obwodnicy miasta, i o tym należy już nie tylko myśleć. I jeszcze jedno, bardzo ważne jest wychowywanie młodzieży poprzez sport. Musimy stale stwarzać ku temu jeszcze lepsze warunki, bo to jest jedyna droga, żeby odwrócić uwagę młodzieży od różnych używek czy zdobyczy technicznych, tak zwanego złodzieja czasu, jakim są choćby komputery i inne urządzenia zabierające młodym ludziom cały wolny czas.

- Podoba się panu wycinka drzew równo z wylewanym betonem?

- Kiedy spoglądam na deptak przy ul. Sikorskiego, z którego należy się cieszyć, to ciągle zastanawiam się, czy nie można było go tak zbudować, żeby znalazło się więcej miejsc dla bujnej zieleni. Jeżeli ktoś dzisiaj nie zauważa, jakie negatywne skutki niesie za sobą ocieplenie klimatu, to musimy to wreszcie wszyscy zauważyć. Naukowcy ostrzegali o tym już kilkadziesiąt lat temu.

- Wiceprezydent Stefan Sejwa też mówił o ponadnormatywnych opadach deszczu. Tyle, że za jego czasów to się zdarzało, dzisiaj jest normą.

-  Dlatego zachęcam cały czas, że za jedno usunięte drzewo powinniśmy posadzić dziesięć nowych. Na ekologii nie wolno oszczędzać.

- Ale takich, żeby zaraz nie uschnęły.

-  Ależ to jest oczywiste.

- Ostatnio spora grupa ludzi w mediach społecznościowych protestuje i błaga wręcz, żeby nie likwidować bezmyślnie tej miejskiej zieleni. Nazwałbym pan ich eko-terrorystami?

- Absolutnie nie, jestem daleki od tego, żeby nazywać kogoś w ten sposób, kto walczy w słusznej sprawie. Ci ludzie walczą o nas, o następne pokolenia i my powinniśmy im w tym pomóc. Owszem, są sytuacje, że nawet ekolodzy nie do końca mają rację w określonej sprawie, ale to trzeba z nimi rozmawiać i wspólnie szukać dobrych rozwiązań. Brak takiej rozmowy spowodował, że mamy w wielu miejscach zbyt dużo wybetonowanej powierzchni.

- Zastanawiam się, czy alejka przy Marcinkowskiego, która wyniosła obecnego prezydenta do władzy przeżyje jego rządy. Pan jak uważa?

- Jestem zdania, że wreszcie trzeba zrobić tam porządny remont, zachowując w miarę możliwości drzewostan. Być może wycięciu mogą podlegać chore pojedyncze sztuki, ale alejka musi pozostać.

- Radni często mówią, że niewiele mogą zrobić dla mieszkańców, bo ustawa nie daje im odpowiednich narzędzi do działania. Przyjmuje pan taką argumentację?

- Nie da się wszystkiego zawrzeć w ramach prawnych. Jestem zdania, że najwięcej zależy od człowieka. Jak ktoś chce działać, to poradzi sobie nawet z obecnymi uprawnieniami. Owszem, są zapisy, na bazie których niewiele może radny zrobić, ale są takie, które dają mu spore pole do działania. Choćby w kwestii uchwalania budżetu. Zawsze w takich chwilach zachęcam radnych, żeby nie patrzyli przez pryzmat własnej ulicy, własnego podwórka, a całego miasta. Ponadto radni są od pilnowania służb prezydenta, sprawdzania, czy wszystko jest realizowane zgodnie z przyjętym planem działania na dany rok. Pracy dla każdego radnego jest sporo, trzeba tylko chcieć.

- Czy lokalna polityka nas dzieli?

- Jako przewodniczący Rady Miasta czynię wszystko, żebyśmy nie przenosili centralnych sporów politycznych na nasze gorzowskie podwórko. Samorząd musi być jak najdalej od krajowej polityki
i wydaje mi się, że to po części nam się udaje. Radni skupiają się na konkretnych sprawach dotyczących bezpośrednio nas i wspólnie staramy się rozwiązywać problemy. Natomiast, jak ktoś chce pobawić się w większą politykę, to mamy przedstawicieli w sejmiku wojewódzkim, parlamentarzystów i to z nimi można poruszać sprawy ponadlokalne. Ich zapraszać na spotkania
z mieszkańcami, jeśli tematyka tych spotkań wychodzi poza granice miasta.

- Zdarzają się jednak spory polityczne, niektórzy radni wykorzystują sesje do przeforsowania politycznych stanowisk.

- Zgadza się, ale jest to wszystko w przyjętych granicach. O tym, że jesteśmy radą działającą na rzecz mieszkańców i szukającą to co łączy świadczą corocznie przyjmowane budżety miasta. Praktycznie zawsze w terminie i w zasadzie bez głosów sprzeciwu. A sprawy budżetowe można rozgrywać politycznie, a jednak radni skupiają się na pracy merytorycznej, a prezydent jest bardzo otwarty w tych rozmowach dotyczących projektowanych budżetów.

- Za jedną rzecz trzeba jednak nas, gorzowian, skrytykować. Jesteśmy brudasami, wyrzucamy śmieci, gdzie popadnie, dzieci papierki po lodach rzucają wprost na ulicę, a właściciele czworonogów nie sprzątają po nich kupek. Do tego niszczymy elewacje, wiaty i wszystko co popadnie. Czy to jest tylko kwestia braku wychowania w rodzinie?

- Na pewno należy o tym mówić stale, nie tylko w domu i szkole. Należy wskazywać palcem złe nawyki. Każdy z nas chce wypoczywać w ładnie odnowionych parkach, chce oglądać odnowione elewacje kamienic, a potem niestety, są przypadki zaśmiecania i niszczenia elewacji.

- Jak z tym walczyć?

- Nie jestem zwolennikiem karania, zawsze powinniśmy dążyć do uświadamiania, ale kiedy już wyczerpie się wszystkie możliwości, czasami należy uderzyć po kieszeni. Sprawca powinien naprawić każdą szkodę oraz dodatkowo poświęcić trochę czasu na rzecz lokalnej społeczności, żeby zrozumiał, ile wysiłku kosztuje taka codzienna praca u podstaw.

- Dziękuję za rozmowę.

X

Napisz do nas!

wpisz kod z obrazka

W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych i na potrzeby wtyczek portali społecznościowych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki.
Zrozumiałem, nie pokazuj ponownie tego okna.
x