Echogorzowa logo

wiadomości z Gorzowa Wlkp., publicystyka, sport, żużel, felietony, blogi

Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Dory, Gerarda, Maryny , 24 września 2021

Michałkiewicz: Trzeba umieć pracować w ciszy przez rok dla jednego startu

2021-08-25, Rozmowa tygodnia

Z Olgą Michałkiewicz, wioślarką AZS AWF Gorzów, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_31225.jpg
Wioślarka AZS AWF Gorzów - Olga Michałkiewicz Fot. Robert Borowy

- Od igrzysk i pani startu na tokijskim akwenie minęło już kilka tygodni. Czy już ochłonęła pani po największej sportowej przygodzie życia, która przyszła z rocznym opóźnieniem, bo – jak pamiętamy – igrzyska miały odbyć się w 2020 roku?

- Dla mnie powrót z Japonii nie był łatwy, ponieważ ciągle w pamięci mam nasz finałowy start. Byłyśmy nastawione na walkę o medal, a skończyło się dopiero na szóstym miejscu. Trenerzy często mówili, że jako osada jesteśmy nieprzewidywalne. Mogłyśmy popłynąć wspaniały wyścig i stanąć na podium, a mogłyśmy popłynąć przeciętnie i tak też się stało. Skoro więc nie udało się zrealizować przyjętego planu ten powrót do wesołych nie należał.

- Starty przedolimpijskie, licząc również te sprzed roku, nie wskazywały na to, że jesteście kandydatkami do medalu. Spoglądając już z pewnej perspektywy czasu, czego w pani ocenie zabrakło, żeby ten wyścig był idealny i zakończył się miejscem na podium?

- Nasze przygotowania wyglądają w ten sposób, że w każdym kolejnym sezonie mamy jedną docelową imprezę. Są to mistrzostwa świata, Europy i co cztery lata, a teraz po pięciu latach, igrzyska olimpijskie. Dlatego zawsze szczyt formy buduje się na jeden tydzień w roku, kiedy są wiodące zawody. Wszystkie starty ,,po drodze’’ nie oddają rzeczywistej dyspozycji, bo każdy inaczej przygotowuje się do docelowego występu. Przez to nie ma prawdziwego obrazu formy poszczególnych ekip. Typowanie wyników na podstawie startów w kontrolnych imprezach niekoniecznie musi się sprawdzić. Natomiast, żeby ocenić nasz olimpijski występ potrzebne są różne dane i dopiero przyjdzie czas na pełną analizę, czy gdzieś nie został popełniony błąd w przygotowaniach. Może to roczne opóźnienie źle na nas wpłynęło. Zbudowanie optymalnej formy na dzień startu jest zadaniem bardzo trudnym, sporo zamieszania miałyśmy w zeszłym roku, kiedy to przykładowo dopiero w październiku zafundowano nam mistrzostwa Europy.

- Trochę loterii było w tym wszystkim?

- Trochę tak, ale nie zmienia to faktu, że stać nas było na nieco więcej niż to szóste miejsce na igrzyskach. Warto ocenić ten start przez pryzmat corocznych występów na mistrzostwach świata. W 2017 roku był srebrny medal, rok później piąte miejsce przez błędy techniczne, ale forma była przygotowana w punkt. W 2019 roku miałyśmy kwalifikację olimpijską i czwarte miejsce tuż za podium. To był nas wtedy bardzo dobry występ. Analizując te pięć lat i główne starty, to było najdalsze miejsca od medalu.

- Robert Korzeniowski zanim rozpoczął kolekcjonowanie czterech złotych medali w chodzie w 1992 roku został wyrzucony przez sędziów w tunelu prowadzącym na stadion, gdzie szedł po srebrny medal. Co nas nie zabije, to nas wzmocni – chciałoby się teraz powiedzieć.

- Jest mi cholernie przykro, że nie wyszło tym razem, lecz staram się słuchać innych. Wielu mówi mi ,,Olga, zachowaj tę sportową złość jeszcze przez trzy lata, kiedy pojawi się szansa na medal w Paryżu’’. Będę walczyć…

- Powróćmy do otoczki igrzysk. Podobała się pani wizyta w Kraju Kwitnącej Wiśni?

- Japonia to piękny kraj. Jestem miłe zaskoczona życzliwością mieszkańców i organizatorów. Japończycy dbali o nas w każdej sytuacji i reagowali na każde nasze potrzeby. Czułam się tam jak w domu. Z przyjemnością wróciłabym do tego kraju, jak cały świat poradzi sobie z pandemią. Najwspanialsze wspomnienia dotyczą spotkań z wielkimi sportowcami. W wiosce czuliśmy się bardzo dobrze, wszyscy byli wobec siebie równi, każdy z każdym chętnie nawiązywał kontakty, było mnóstwo rozmów z największymi gwiazdami sportu. Dla mnie miłe było poznanie wielu polskich sportowców, których do tej pory znałam tylko z mediów. Najbardziej cieszyłam się z medali naszych kajakarek. Gratuluje szczególnie mojej koleżance klubowej Ani Puławskiej i jej załodze. Te medale to dla mnie dodatkowa motywacja, żeby za trzy lata w Paryżu podjąć kolejną próbę walki o olimpijskie podium.

- Sezon już za panią. Do kiedy będzie pani wypoczywała?

- Z początkiem zimy znowu ruszę do ciężkiej pracy, ale nie oznacza to, że zapomnę o wiosłach. Będę aktywnie wypoczywała, trenowała dużo w Gorzowie, lecz na lekkich obciążeniach.

- Kiedy patrzę na pani budowę ciała to aż nie chce mi się wierzyć, że tak drobna i smukła dziewczyna potrafi zbudować w sobie ogromną siłę, żeby potem wiosłować na światowym poziomie. W czym tutaj tkwi tajemnica?

- Wiele osób dziwi się, że nie jestem potężną wioślarą, ale czasy się nieco zmieniły i system treningów również. My pracujemy głównie nad wytrzymałością, gdyż zawsze pływamy na stałym dystansie dwóch kilometrów. W przypadku kajakarek wygląda to inaczej. One mają bardziej atletyczną budowę, gdyż muszą mocniej pracować nad siłą. Na igrzyskach mają bowiem zdecydowanie krótsze dystanse, 200 i 500 metrów.

- Pochodzi pani z Borne Sulinowo, z małego miasteczka leżącego nad jeziorem Pile. Stąd zamiłowanie do wioślarstwa?

- Nie, u nas nie ma profesjonalnego klubu wioślarskiego, a na kajakach pływa się raczej turystycznie. Kiedy byłam w drugiej klasie gimnazjum, w poszukiwaniu chętnych do pójścia do Szkoły Mistrzostwa Sportowego, w naszej szkole pojawił się trener Jacek Błoch z Wałcza. Dyrektor gimnazjum powiedział, że nie ma nikogo godnego polecenia i kiedy trener wychodził z jego gabinetu spotkał mnie. Od razu zapytał, czy nie chciałabym dalej uczyć się w Wałczu i trenować. Dał mi też kartkę, na której wypisał wszystkie plusy trenowania tego sportu.

- Na jakiej podstawie wybrał panią?

- Budowy ciała. Byłam dosyć wysoka, co w ocenie trenera miało znaczenie. Od razu powiedział mi, że jak dostanę się do szkoły, bo najpierw musiałam zaliczyć testy sprawnościowe, to po roku treningów zostanę mistrzynią Polski. To mnie zachęciło do treningów. A po roku rzeczywiście zostałam mistrzynią kraju w czwórce podwójnej i wicemistrzynią w czwórce bez sterniczki.

- Ciekawa historia. Był moment, że chciała pani rzucić treningi?

- Wielokrotnie, ale głównie w pierwszym roku. Wcześniej trenowałam kilka innych dyscyplin, w tym taekwondo, gdzie zdobyłam brązowy medal mistrzostw Polski w swojej kategorii wiekowej i wagowej. Pracowałam na to wiele lat. Byłam przyzwyczajona więc do ciężkich zajęć, lecz w wioślarstwie były one wielokrotnie cięższe.

- A kiedy pojawił się pierwszy sukces międzynarodowy?

- To było w austriackim Linz, gdzie odbywały się regaty dla młodzieży ,,Coupe de la Jeunesse’’. Dla mnie były to piękne zawody, od których minęło już dziesięć lat. Startowałam wtedy z Mają Cylwik w dwójce bez sterniczki. I co najciekawsze w tym wszystkim, startowałyśmy jako pierwsze i trener dzień wcześniej powiedział, że na podstawie naszego wyniku będzie wiedział, jak jest przygotowana cała reprezentacja. Pierwszy finał w sobotę wygrałyśmy dziewięć sekund przed drugą na mecie osadą z Włoch. Drugiego dnia wygrałyśmy o jedenaście sekund. To naprawdę dużo. Z Mają wykonałyśmy kawał dobrej roboty w tamtych latach. Rok później zdobyłyśmy wicemistrzostwo Europy juniorek, startowaliśmy również na mistrzostwach świata w Bułgarii, gdzie zajęłyśmy siódme miejsce wygrywając finał B.

- Co jest najważniejsze w wioślarstwie?

- Cierpliwość i wytrwałość. Trzeba umieć pracować w ciszy przez rok często dla jednego startu, który może nie wyjść. W przypadku igrzysk mogę powiedzieć, że pracowałam dwanaście lat dla tego jego startu, który nie wyszedł tak jak chciałam.

- Miliony sportowców na całym świecie marzy, żeby w ogóle pojechać na takie zawody, a pani jest finalistką wyścigu wioślarskiego. To już jest ogromny sukces. Ponadto teraz będzie pani pracowała trzy lata na kolejny start, korzystając z wypracowanej dwunastoletniej bazy.

- Tak, wszystko się zgadza. Teraz ta praca musi pójść w kierunku budowy szczytu formy na Paryż. Coroczne regaty mistrzowskie takie jak puchary świata, mistrzostwa Europy czy mistrzostwa świata będą traktowane jako egzamin przed startem docelowym jakim są igrzyska.

- I to jest ta główna motywacja, żeby corocznie przez 300 dni pracować nad budową jak najwyższej formy?

- Tak, ale każdy człowiek jak coś robi, to chce się w tym doskonalić. Ja mam świadomość, że na każdym kolejnym treningu podnoszę sobie poprzeczkę. Minimalnie, ale zawsze. To czuć na następnych treningach, na zawodach. To jest ciągłe doskonale umiejętności na każdej płaszczyźnie. Nie tylko w wioślarstwie. Pracujemy nad poprawą siły, wytrzymałości, wydolności czy stabilizacji.

- Budowa formy to również umiejętność jest podtrzymywania?

- Cały czas jesteśmy na etapie sinusoidy, bo organizm musi mieć okresy regeneracji, wypoczynku. Chodzi o to, że te optimum formy, ten szczyt, o którym sporo mówię, pojawił się w odpowiednim momencie. W dniu najważniejszego startu w sezonie.

- Teraz ma pani okazję na chwilę odłożyć wiosła. Jak lubi spędzać pani czas wolny?

- Przede wszystkim z rodziną, a także z moim ukochanym psem Pepą, z którym mieszkam obecnie w Gorzowie w pobliżu teatru i filharmonii. Nie kryję, że jestem osobą lubiącą oglądać spektakle teatralne, posłuchać pięknych koncertów i teraz będę miała na to trochę czasu. Dla mnie to ważne, bo to wszystko mi ucieka, a uwielbiam takie wydarzenia. Od września również na pełnych obrotach biorą się za kontynuowanie studiów na gorzowskim AWF-ie.

- Dziękuję za rozmowę.

X

Napisz do nas!

wpisz kod z obrazka

W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych i na potrzeby wtyczek portali społecznościowych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki.
Zrozumiałem, nie pokazuj ponownie tego okna.
x