Echogorzowa logo

wiadomości z Gorzowa i regionu, publicystyka, wywiady, sport, żużel, felietony

Jesteś tutaj » Home » Pod rozwagę - Augustyn Wiernicki »
Gerwazego, Protazego, Sylwii , 19 czerwca 2024

Nie przenoście nam stolicy do Brukseli – ani do Berlina

2024-01-09, Pod rozwagę - Augustyn Wiernicki

Dawniej, kiedy byłem na studiach, uczono nas zasady, że wiedzę trzeba zdobywać od najlepszych.

medium_news_header_38973.jpg
Fot. pixabay.com

Wysyłano więc nas, studentów polskich, na praktyki zagraniczne, bo tam nowoczesna technika i ekonomicznie gospodarują, a ludziom przez to żyje się znacznie lepiej. Ja miałem okazję być wtedy w Niemczech. Minęło kilka dekad i wszystko diametralnie się zmieniło. Teraz Niemcy przyjeżdżają do nas; jeżdżą naszymi autostradami, kupują naszą żywność oraz odpoczywają w naszych cichych i bezpiecznych górskich i nadmorskich kurortach, które są bardzo dobre i znacznie tańsze niż niemieckie.

U nich obecnie recesja, a u nas, mimo dokuczliwego europejskiego kryzysu, jeszcze całkiem przyzwoity rozwój. 10-15 lat temu niemiecka gospodarka była wzorem do naśladowania. Teraz jakby odwrotnie: niemiecka gospodarka gnębiona jest „chorobami”, które nasi zachodni sąsiedzi sami sobie zafundowali. Przede wszystkim, w swej pysze i zarozumiałości, Niemcy nie zauważyli – a raczej zlekceważyli ten fakt – że ich model gospodarczy zaczyna się wyczerpywać i osiąga bariery rozwojowej. To kurczenie się niemieckiej gospodarki, tracenie przez nią czołowej pozycji w Europie jest, mówiąc językiem akademickim, godne naukowej analizy przypadku. Polska gospodarka jest bardzo mocno skooperowana z gospodarką niemiecką, poprzez sieć powiązań niemieckich firm ze swymi filiami w Polsce. Nasz eksport do Niemiec obecnie wynosi ok. 28% całego naszego eksportu. Importujemy zza naszej zachodniej granicy nieco mniej. Te niemieckie błędy i zaniechania musimy poznać, bo one prędzej czy później odbiją się na spowolnieniu polskiego rozwoju.

Już widzimy, że wielu naszych gorzowskich przedsiębiorców, już zaczyna mieć kłopoty z tytułu kurczenia się tam wielkości kontraktów. Ich produkcja, np. samochodów marki Volkswagen, napotyka mocną konkurencję na świecie, na przykład ze strony Koreańczyków czy ostatnio Chińczyków. Z tytułu utraty konkurencyjności Volkswagen zamierza zmniejszyć zatrudnienie o 1-2 tys. osób, Bosch planuje zwolnić 1,5 tys. pracowników, a Continental ponad 5 tys. Gorzowscy przedsiębiorcy, którzy kooperowali m.in. z tymi zakładami, też będą musieli redukować koszty.

W 2023 roku nasi biznesmeni jeszcze w depresję gospodarczą nie wpadli, ale nie wiadomo, co przyniesie obecny rok. Wiele będzie zależało od polityki nowego rządu, który powinien uruchomić nowe perspektywy wsparcia małym i średnim firmom. Trzeba pamiętać, że polskie małe i średnie firmy generują blisko co drugą złotówkę PKB (zob. raport PARP za 2022 rok) i mają ponad 50% udziału w zatrudnieniu. Kryzys w Europie pogłębia kilka „zakaźnych i wirusowych” chorób gospodarczych, które rozprzestrzeniają się szczególnie z Niemiec na inne kraje. Główna togorączka klimatyczna” i choroba wiatrakowa z nią związana. To walka z dwutlenkiem węgla, czyli tzw. dekarbonizacja, która miała być remedium na pobudzenie wzrostu gospodarczego w krajach najbogatszych. Szczególnie Niemcy wymyślili sobie, że współczesna energetyka może się opierać na wiatrakach i solarach, w czym oni mogą mieć monopolistyczną przewagę w UE i na świecie. Tak się w tym przekonaniu zapędzili, że wpadli w obłąkańczą energetyczną i cieplarnianą ideologię, która przerodziła się w mocno wątpliwą ekonomicznie i daleką od racjonalności gospodarkę. Dlaczego tak wymyślili? Uważali, że świat ten kierunek podchwyci z myślą o klimacie i czystym powietrzu, a oni, czyli Niemcy et consortes, przejmą ten monopol czystej energii.

Tylko że świat poza UE wprawdzie uznał potrzebę dbania o planetę Ziemię, ale w tę niemiecką teorię dekarbonizacji do końca nie uwierzył. USA, Chiny, Indie czy Ameryka Południowa poszły swoją drogą, a nie drogą niemieckich i holenderskich wiatraków. Polska też nie chce stawiać wiatraków tam, gdzie wiatrów w ciągu roku jest zbyt mało. Jak jest wiatr, to wiatraki się kręcą i prąd produkują, a często z braku wiatru stoją nieruchomo. Energia wiatrowa opłaca się przede wszystkim nad morzem i w obszarach wyżynno-górskich, bo tam wieje najczęściej. W grudniu 2023 wiało na potęgę, a Polska musiała wyłączyć wiatraki w związku z nadwyżką prądu i tę nadwyżkę wypchnąć do Niemiec.

Z wiatraków to raz nadwyżka, a innym razem głęboki brak prądu. Jak widzimy z tzw. afery wiatrakowej w polskim Sejmie, niemieccy lobbyści w Polsce wciskają nam swoje wiatraki wszędzie, gdzie je tylko można zlokalizować, bo sami widzą, że produkcja przez nie prądu jest niestabilna i ryzykowna. Ta opętańcza niemiecka polityka energetyczna zrezygnowała z relatywnie tanich elektrowni węglowych i atomowych.

Opamiętanie jednak przyszło, ale znacznie za późno. Niemcy utopili setki miliardów euro w nierentownych wiatrakach, a teraz usiłują Polsce je odsprzedać, nawet za pieniądze z przyznanej nam z UE 5 mld euro dotacji. W imię ideologii cieplarnianej Niemcy zastąpiły tanie, stabilne i naturalne źródła energii źródłami drogimi.

Inna „choroba wirusowa”, wywodząca się z ideologii dekarbonizacji, zaatakowała przemysł samochodów spalinowych, szczególnie tych z silnikiem Diesla. Ta „zielona” ideologia kosztowała Niemców bardzo dużo. Z nadwyżki budżetowej rzędu 1,8% PKB w 2016 roku wpadli, już w 2019 roku, w deficyt 2,5%. Oczywiście gospodarka niemiecka z takim deficytem sobie poradziła, ale tempo wzrostu Niemiec znacznie spadło. Rząd Niemiec, by wydawać te biliony euro na politykę klimatyczną, musiał się dopuścić ukrywania przed społeczeństwem tych ogromnych wydatków. Ani praworządne, ani też gospodarne to nie było…

Do czego dalej prowadzi ta zgubna ideologia klimatyzmu? Gospodarka USA pnie się do góry, a Europie i Niemcom blisko do recesji. Główne przyczyny tego spadku produkcji i konsumpcji to ekstremalnie wysoka cena energii, ambitna polityka klimatyczna UE, która jak na razie efektów nie daje, nagromadzenie zapasów po pandemii COVID-19 oraz utrata z tej przyczyny znaczącej przewagi konkurencyjnej.

Niemcy uderzyli we własny przemysł motoryzacyjny! Ich samochody z silnikami Diesla były najlepsze na świecie. Niemieckie silniki w mercedesach przejeżdżały ponad milion kilometrów bez awarii. Auta z turbosprężarkami i z silnikami wysokoprężnymi zdominowały europejskie i światowe salony. Były one bardzo oszczędne i spełniały, nawet te absurdalne, normy CO2 ustanowione przez unijnych ideologów klimatyzmu. Po jakichś kuriozalnych testach spalania i nagonce wyznawców dekarbonizacji silniki Diesla zaczęły znikać z rynku. Niemcy w krótkim czasie straciły swoją przewagę konkurencyjną.

Branża motoryzacyjna była główną siłą napędową niemieckiej gospodarki. Była – ale się skurczyła… Niemcy chciały narzucić Europie i światu wyeliminowanie paliw kopalnych oraz silników spalinowych, bo sądziły, że zdominują rynek światowy elektrykami i znowu będą potęgą. Przecież miały najlepszy w tym względzie przemysł samochodowy i opanowany rynek zbytu. Zgubiła ich niemiecka pycha, przeliczyli się. Amerykańska Tesla, chińscy i koreańscy producenci zdetronizowali Niemców z podium czołowego eksportera samochodów.

Kolejnym wirusem, który zaatakował Niemcy już dość dawno, jest „wirus demografii”. Dwie wojny światowe wywołane przez Niemców miały poprawić ich demografię, ale stało się odwrotnie. Obydwie wojny Niemcy przegrali, i stracili dodatkowo kilka milionów poległych. Po wojnie chcieli tę demografię uzupełnić, ale wdali się w nową ideologię natury obyczajowej, a szczególnie w neomarksistowski i postmodernistyczny styl bez zasad oraz hedonistyczny styl życia bez dzieci i tylko dla przyjemności. Zanim się zorientowali w działaniach tych „zgubnych wirusów”, ich demografia nawet nie osiągała współczynnika prostej zastępowalności pokoleń. Zaczęło brakować rąk do pracy. Tą dziurę demograficzną zaczęli zapełniać, począwszy od lat 70., „importem” ludności z polskiego Śląska, z Jugosławii, Turcji, Bułgarii oraz z innych tzw. demoludów.

Ten exodus za pracą ze wschodu skończył się w ostatnich latach. W tych krajach poprawił się poziom życia na tyle, że na saksy do Niemiec zbytnio już się nie opłacało wyjeżdżać. W Polsce praca często była bardziej opłacana niż ta na zachodnich zmywakach. W tej sytuacji Niemcy postanowili ratować demografię, otwierając granicę dla migrantów z Afryki, Bliskiego Wschodu i Afganistanu – dla ludzi z diametralnie innej cywilizacji, najczęściej z muzułmańskiej. Słynne słowa kanclerz Angeli Merkel „zapraszamy do Niemiec” spowodowały istny zalew migracyjny, z którym nie mogą sobie poradzić do chwili obecnej, a teraz chcą nam to zafundować.

Niestety, ale ci nowi i masowo napływający migranci nie potrafili się dopasować kompatybilnie z niemieckim Wirtschaftem. Duża część tych migrantów przybyła do Niemiec nie do pracy, ale żeby pobierać wysokie tam zasiłki socjalne oraz żyć na koszt Niemiec. Dane Instytutu Badań Rynku Pracy w Norymberdze w 2018 r. wskazują, że pracowało tylko 35% migrantów przybyłych do Niemiec po 2013 r. Badania w roku 2022 pokazały, że pracuje 62% migrantów spośród tych, którzy przybyli tam 7-8 lat temu. Z tego okresu nadal nie pracuje 38% przybyszów, których koszt utrzymania mocno nadwyręża niemiecki budżet. Marnie to widzę ….

Zagrożenie ubóstwem w Europie zachodniej, jak podaje Eurostat, utrzymuje się na dość wysokim poziomie, w 2022 roku wyniósł 22 %. Wskaźnik zagrożenia ubóstwem lub wykluczeniem społecznym w Polsce spadł z wartości 22,5% w roku 2015  do około 18% w 2019 roku i do 15,9% w 2022. W unii Europejskiej zagrożenie ubóstwem wyniosło w 2020 roku 22%. W rezultacie różnica w wartości wskaźnika ubóstwa między Unią Europejską a Polską zwiększyła się na korzyść Polski z około 2 % do prawie 6% w 2022 roku. Niemcy w tym czasie dorobiły się poziomu ubóstwa na poziomie 21% w roku 2022. Polska w 2022 roku zajęła trzecie miejsce w Europie z trzecim najniższym wskaźnikiem ubóstwa. Odrobinę lepsi są Słoweńcy i Czesi, a wszyscy pozostali w Europie mają znacznie większy od Polski margines ubóstwa i wykluczenia społecznego.

My Polacy powinniśmy się cieszyć, że doganiamy Europę, ostatnio znaleźliśmy się w gronie dwudziestu najlepiej rozwiniętych krajów świata, co niektóre kraje UE przegoniliśmy, a w poziomie ubóstwa jesteśmy na podium najlepszych. W gospodarce, mimo europejskiego kryzysy i tej obłędnej ideologii dekarbonizacji i walki z CO2, dajemy radę. Za zachodnią granicę wysyłamy 28% wartości polskiego eksportu, a w 2022 roku wartość obrotów handlowych z Niemcami sięgnęła 167,7 mld euro! Z ekonomicznego punktu widzenia podupadanie europejskiej i  niemieckiej gospodarki nie może nas cieszyć. Ich upadek pociągnie w otchłań kryzysu także i nas. Tylko co możemy zrobić skoro Niemcy i UE sami podcinają sobie gałąź, na której oni i my siedzimy? W tej sytuacji, broń Boże, nie przenoście nam stolicy do Brukseli… ani do Berlina.

Augustyn Wiernicki

X

Napisz do nas!

wpisz kod z obrazka

W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych i na potrzeby wtyczek portali społecznościowych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki.
Zrozumiałem, nie pokazuj ponownie tego okna.
x