2026-02-23, Pod rozwagę - Augustyn Wiernicki
Rozpoczął się 2026 rok, który w ocenie polityków ma być przełomowy. Tak zapowiadają i możliwe, że tak się stanie, ale… co z rolnictwem?
Decyzja o podpisaniu w połowie stycznia umowy handlowej pomiędzy blokiem państw Mercosur a Unią Europejską jest jedną z najbardziej kontrowersyjnych i zapowiadających zwrot w historii europejskiego rolnictwa. Jej realizacja została na razie wstrzymana, ale jeśli wejdzie w życie będzie miała opłakane skutki choćby dla polskiego rolnictwa.
Czy w tym nowym układzie geogospodarczym polskie rolnictwo i przemysł rolno-spożywczy będzie miał zdolność konkurowania ze światowymi ogromnymi rolniczymi korporacjami? Nie da się ominąć czy oszukać praw rządzących ekonomią. Polskie i europejskie rolnictwo musi dźwigać dodatkowo koszty tzw. Zielonego Ładu i obciążenia ATS2 (handel uprawnieniami do emisji CO2). Tych kosztów tzw. dekarbonizacji nie ma rolnictwo w innych krajach poza Unią Europejską, a szczególnie rolnictwo Ukrainy, bloku Mercosur czy Indii. Konkurowanie europejskich rolników, a szczególnie polskich, z wielkoobszarowymi gospodarstwami rolnymi z Ukrainy, czy Ameryki Południowej jest skazane na porażkę.
Umowa UE-Mercosur wpuści wprawdzie na europejski rynek tylko 1,5 proc. produkcji rolnej całej Unii, podało polskieradio24.pl., ale dla polskiego rolnika będzie to bardzo bolesne, ponieważ nasze produkty rolne zajmują kluczową pozycję na rynku europejskim. Unia Europejska jest głównym odbiorcą polskiej żywności i zajmuje 75 proc. polskiego eksportu rolno-spożywczego. Ekonomiści rolni obliczają, że gospodarstwa polskie osiągną obniżkę przychodów, w zależności od wielkości i typu gospodarstwa, od kilkunastu do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych rocznie. W takich warunkach przetrwają tylko duże przedsiębiorstwa rolne. Małe i średnie początkowo będą wegetować i obniżać koszty. Najczęściej ucinać będą płace pracownikom, potem zwalniać, a z czasem nie będą już sobie radziły i tak dojdzie do upadku wielu małych i średnich gospodarstw. Kto tę ziemię rolną wtedy przejmie?
Drobiarze spodziewają się spadku dochodu nawet o 50 procent. Duża ferma drobiu może stracić nawet 130 tysięcy rocznie. Należy spodziewać się „zalania’’ rynku UE tanią południowoamerykańską produkcją drobiarską. A że na europejskim rynku Polska jest producentem wiodącym, to nasze fermy ucierpią najbardziej. Pamiętajmy, że ten południowoamerykański drób naszpikowany jest farmakologicznie, przede wszystkim antybiotykami, bo w przeciwnym wypadku żadna z tych ogromnych drobiowych ferm by nie przetrwała np. pomoru, ptasiej grypy, czy salmonellozy. Podobnie będzie z bydłem i mięsem wołowym, na terenie których to ferm wypasane jest bydło mleczne i mięsne w dziesiątkach tysięcy sztuk.
Wielkoprzemysłowej hodowli bydła w krajach Mercosur nie da się ekonomicznie porównać z tą hodowlą w europejskich gospodarstwach, a tym bardziej w Polsce. Tam, w Argentynie, Brazylii, Urugwaju, Paragwaju, czy od 2024 roku w Boliwii rolnictwo ma charakter przemysłowy, opiera się na wielkoobszarowych gospodarstwach nastawionych na masową produkcję i eksport. Dominują latyfundia o powierzchni kilku, kilkunastu, a nawet kilkuset tysięcy hektarów ziemi. Uprawy rolne na tak ogromnych obszarach charakteryzują się dość niskimi kosztami pracy, produkcji i wysokim poziomem mechanizacji, a także komputeryzacji. Rolnictwo to ma przewagę konkurencyjną wynikającą z niższych kosztów oraz z tzw. efektu skali produkcji. Tam koszt jednostkowy produkcji z jednego hektara czy z wielotysięcznej fermy jest często o połowę mniejszy niż w naszych nieporównywanie mniejszych europejskich gospodarstwach, a tym bardziej w gospodarstwach polskich. Z tymi wskaźnikami nasze rolnictwo nie może skutecznie konkurować z Mercosur, ale też tej konkurencji wygrać nie może.
Problemem naszego rolnictwa są już napływające masowo produkty rolno-spożywcze z Ukrainy. Za wschodnią granicą mamy wielkie i wysoko towarowe przemysłowe gospodarstwa rolne, najczęściej z kapitałem zachodnim. Wystarczyło, że do Polski z Ukrainy wwieźli 2-3 mln ton zboża, a cały nasz rynek rolny zachwiał się ekonomicznie. Dlatego polscy rolnicy odnotowują już dzisiaj stan spadających cen zbóż i wielu innych produktów napływających z Ukrainy. Analizy ekonomistów rolnych wykazują, że napływ produktów rolnych z Ukrainy jak i z Mercosur wywoła nieuchronnie szok w naszym sektorze rolnym, uderzy w rentowność gospodarstw, które Polsce w 2025 roku przyniosły rekordowy eksport na poziomie 58 mld euro. Otwarcie ukraińskiego eksportu do Polski oraz ta umowa handlu z krajami Mercosur odbywa się bez akceptacji naszego parlamentu i w dodatku w momencie, gdy polskiemu rolnictwu narzucono restrykcyjne wymogi środowiskowe tzw. Zielonego Ładu. Koszty energii dobijają finansowo nasze gospodarstwa. Polscy rolnicy zobowiązani są do rygorystycznego przestrzegania unijnych norm ochrony roślin i norm nawozowych. Konkurenci z Ukrainy i ci z Mercosur działają na zupełnie innych standardach.
Producenci Mercosur mają przewagę efektów gigantycznej skali produkcji, niskich kosztów jednostkowych i stosowania na dużą skalę środków ochrony roślin oraz antybiotyków w profilaktyce hodowli zwierząt i stymulatorów wzrostu masy ubojowej np. bydła, świń i drobiu. Lekarstwa i inne stymulatory wzrostu stosowane do przyspieszenia przyrostu masy mięsnej kumulują się w mięsie handlowym i u ludzi wywołują negatywny efekt np. antybiotykooporność. Brazylijski czy urugwajski latyfundysta obniża swoje koszty hodowli dzięki korzystaniu z pasz z udziałem przyspieszaczy wzrostu, komponentów GMO i roślin zainfekowanymi herbicydami i pestycydami, które są szkodliwe dla pszczół, ptaków i ludzi. Co gorsze, te chemikalia znajdują się też później w miodzie, w mięsie i produktach mlecznych, w jajkach i produktach drobiowych. W Polsce ogranicza się stosowanie antybiotykoterapii i różnych innych farmakologicznych przyspieszaczy wzrostu, a przede wszystkim jest to pod ścisłą kontrolą sanitarną i weterynaryjną.
Aby się ten import z tak odległych krajów opłacał, to po pierwsze reżim sanitarny nie może być barierą opłacalności, a po wtóre dostawy muszą być masowe, aby jednostkowy koszt transportu był najniższy. Można sobie już wyobrazić przypłynięcie statku-masowca o ładowności np. 100 tysięcy ton z produktami rolno spożywczymi do np. portu w Hamburgu. Tylko cena tych produktów może spowodować, że zostanie szybko rozładowany i rozdystrybuowany w wielu kierunkach do europejskich centrów logistycznych. Już widać, że to nie będzie walka na jakość produktów. To będzie brutalna kapitalistyczna walka o zysk, to będzie konfrontacja dwóch skrajnie innych systemów produkcji rolnej. To będzie konfrontacja dwóch odmiennych modeli: wielkiego przemysłu rolniczego z rolnictwem rodzinnym. Produkty naszego rolnika, mimo ich wyższych standardów pod względem zdrowotnym i wartości odżywczych, w konfrontacji cenowej będą musiały przegrywać z tymi z Mercosur. Towar lepszy będzie wypierany przez towar gorszy i tańszy.

Umowa UE-Mercosur najbardziej opłacalna jest dla Niemców. Niemcy wykalkulowały sobie, że importując z Ameryki Południowej tysiące ton żywności, w to miejsce będą mogły dostarczać tysiące niemieckich samochodów, które zalegają niemieckie przyfabryczne parkingi. Wejście na rynek południowoamerykański pod pretekstem umowy handlowej, a raczej wymiany niemieckich samochodów na argentyńską czy urugwajską żywność, może być ratunkiem dla Niemiec…, ale nie dla Polski. Jak Polska w tej umowie handlowej z Mercosur zabezpieczyła swoje interesy, nikt z polityków nie wie, a minister rolnictwa mówi, że tej umowy nie czytał.
Otwarcie rynku ukraińskiego i ogromnego rynku Mercosur to nie jedyne strategie handlowe, które mogą pognębić europejskie, a szczególnie polskie rolnictwo.
Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen i premier Indii Narendra Modi, 27 stycznia 2026 roku podpisali historyczną umowę o wolnym handlu (FTA) między Unią Europejską a Indiami. Szefowa KE nazwała to porozumienie mianem „matki wszystkich umów”. Jest to taki gorący temat, o którym informacja dotarła do mnie w dniu pisania tego artykułu. Umowa ta wywoła ogromne skutki dla Europy, szczególnie dla Polski, a główni polscy politycy, nawet europejscy, o tym niewiele mówią… chyba niewiele wiedzą. Jest przecież faktem, że ta nowa strefa wolnego handlu (FTA) obejmie rynek o łącznej populacji 2 mld osób. PKB tego obszaru to ponad 27 bilionów dolarów. Na co Polska na tym indyjskim rynku może liczyć? Czy na ten rynek wejdziemy? A może Indie nas zaleją taniochą i pognębią nasze słabe gałęzie gospodarki? Kto najwięcej zyska na tym nowo otwartym rynku z Indiami?
Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen działa w interesie swojego państwa i w trosce o te tysiące niesprzedanych samochodów elektrycznych, które zalegają place niemieckich koncernów. W tym celu Indie obniżą cło na samochody, ale też i na maszyny, chemikalia i farmaceutyki, których największym producentem w UE są Niemcy. Unia Europejska zniesie cła na 99,5 procent produktów eksportowanych przez Indie do Europy. Już teraz możemy być pewni, że polskich artykułów będzie trudno znaleźć w lawinie indyjskiego taniego eksportu. Ze szczątkowych dzisiaj informacji wiemy, że to porozumienie z Indiami ułatwia przemieszczanie się ludności, co wskazuje, że ten strumień poszukujących nowego miejsca w życiu na pewno będzie z Indii do Europy, w końcu tam jest 1,5 mld ludzi. Czy do nas trafią lekarze, inżynierowie, fachowcy różnych branż? – trudno powiedzieć. Imigranci z Indii to raczej dobrzy pracownicy i już ich w Polsce mamy ponad 24 tysięcy osób. Czy będziemy mieć w ofercie sklepów w Polsce tanie kurczaki z Indii, bawole, kozie i owcze mięso (bo krowy są tam święte) i żywność trwale przetworzoną? Wszystko prawdopodobne.
Indie to jeden z największych eksporterów produktów rolno-spożywczych. Nasi politycy prawie nic nie wiedzą o warunkach tej umowy handlowej UE-Indie. W takiej umowie Polska powinna zabezpieczyć swoje interesy i chronić swoje produkty, ale jeżeli nie zna się treści tej umowy?… A może, na tle tego wszystkiego, trzeba postawić kardynalne pytanie: „Czy to koniec rolnictwa w Polsce, jakie znamy?” Bo te projekty wolnego handlu, bez konkretnych zabezpieczeń interesów polskich rolników, dobrego dla Polski niewiele przyniosą. A przecież Polska, jak mówił Wincenty Witos, ma trwać wiecznie. Czy niebawem będziemy mogli powiedzieć, że w Polsce jest: „Polski rolnik, polskie pole, polski chleb na polskim stole”?
Augustyn Wiernicki
Zdjęcia: pixabay.com
Rozpoczął się 2026 rok, który w ocenie polityków ma być przełomowy. Tak zapowiadają i możliwe, że tak się stanie, ale… co z rolnictwem?