Echogorzowa logo

wiadomości z Gorzowa i regionu, publicystyka, wywiady, sport, żużel, felietony

Jesteś tutaj » Home » Piłka nożna »
Kamili, Kamila, Marcelego , 14 lipca 2024

Miałem dogrywać piłki do Zenka Burzawy

2023-02-15, Piłka nożna

Z Robertem Cieślewiczem, byłym piłkarzem Stilonu, rozmawia Przemysław Dygas

Drużyna Stilonu Gorzów z 1992 roku. Dolny rząd, trzeci z prawej to Robert Cieślewicz
Drużyna Stilonu Gorzów z 1992 roku. Dolny rząd, trzeci z prawej to Robert Cieślewicz Fot. Archiwum/EG

- Pamięta pan jak trafił do Stilonu?

- W roku 1989 byłem wypożyczony z Lecha Poznań do Mieszka Gniezno i graliśmy w Pucharze Polski z rezerwami Stilonu w Gorzowie. Wygraliśmy ten mecz, a ja strzeliłem dwie bramki. Po meczu przyszedł do mnie trener Mieczysław Broniszewski, z którym znałem się z reprezentacji juniorskich i zapytał czy nie chciałbym grać dla Stilonu. Dla mnie to była szansa i się zgodziłem, a działacze załatwili mój transfer z Lechem Poznań.

-  Jakie warunki zaproponowano panu na początek w Gorzowie?

- Byłem już wtedy żonaty, a żona była w ciąży, więc priorytetem dla nas było mieszkanie. Klub się z tego wywiązał i zamieszkaliśmy w bloku, tuż obok stadionu, na ulicy Sportowej. Dostałem również obowiązkowo kasety magnetofonowe. Pensja wpływała regularnie na konto, a Stilon był znany w Polsce z tego, że nie płacił może kokosów, ale zawsze na czas lub z minimalnym poślizgiem do dziesięciu dni, co zresztą było zapisane w kontrakcie.

- Grał pan w ataku z legendą Stilonu Zenonem Burzawą. Jak wyglądała wasza współpraca na boisku?

- Graliśmy we dwójkę w ataku, a moim zadaniem było urwać się defensorom i dograć piłkę w pole karne do Zenka, który był niesamowitym snajperem i potrafił nawet z trudnej pozycji zdobyć gola. Mimo niskiego wzrostu świetnie grał głową, a ja przez te kilka lat grania z nim zaliczyłem kilkanaście asyst do Zenka.

- Jak pan wspomina słynny dla gorzowskiego środowiska mecz w Łodzi z Widzewem, gdzie „główną” role odgrywał sędzia Kostrzewski?

- Nie ma co ukrywać, że nas w Łodzi, kolokwialnie mówiąc, „skręcono” i szansa na awans uciekła. Prowadziliśmy z Widzewem po pięknej bramce, prawie z połowy boiska, świętej pamięci Wiesia Osieckiego. Potem Widzew nas przycisnął, ale gola nie mogli strzelić. Wtedy sędzia gwizdnął karnego, którego nie było. Protestowaliśmy, ale on z uśmiechem mówił, że zaraz gwizdnie kolejnego karnego.

- Kiedyś wieści, że zawodnicy gdzieś „balują” przed czy po meczu w lokalach rozrywkowych rozchodziły się szybko wśród kibiców, a po drugie wielu zawodników nie prowadziło sportowego trybu życia i nie było takiej świadomości jak dziś. Jak pan się do tego odniesie?

- Oczywiście zdarzały nam się jakieś wspólne wyjścia, ale to nie było częste. Tym bardziej, że zaraz działacze się o tym dowiadywali od kibiców, a po drugie graliśmy o premie, więc trzeba było być przygotowanym. Pamiętam jak kiedyś siedziałem przy ładnej pogodzie przy jednym piwie w barze Eden koło stadionu przez dwie, trzy godziny. Przechodzili tam ludzie, spacerowali z psami i ciągle widzieli mnie jak piję piwo. Wydawało im się, że jestem po kilku piwach. Na drugi dzień na meczu z trybun słyszałem, że Cieślewicz wczoraj balował.

- W jakich okolicznościach odszedł pan z Gorzowa do Śląska Wrocław?

- Trener Stanisław Świerk montował nowa ekipę pod kątem awansu do ekstraklasy i chciał, abym przeszedł do Śląska. Dostałem niezłą ofertę i postanowiłem przejść do większego klubu z szansami na awans, co ostatecznie się udało i Śląsk wrócił do ekstraklasy po dłuższej przerwie.

- Potem wędrował pan po klubach, by trafić aż na Wyspy Owcze. Jak do tego wyjazdu doszło?

- Z Wrocławia trafiłem do Częstochowy, potem do Konina ściągnął mnie trener Eugeniusz Różański, który mocno na mnie stawiał w Stilonie po odejściu Burzawy do Pniew. Potem był jeszcze epizod w Zielonej Górze, ale nie było tam pieniędzy i wróciłem w rodzinne strony. Tu namówiono mnie do występów w niższej lidze w Huraganie Pobiedziska. Miejscowy trener mówił, że ma znajomego na Wyspach Owczych, który szuka napastnika. Zapytał czy chciałbym spróbować swoich sił i skontaktował mnie z Piotrem Krakowiakiem. Występy na Wyspach Owczych świetnie wspominam. Ze swoim klubem VB Vagur zdobyłem mistrzostwo, strzelałem wtedy sporo bramek. Zagrałem nawet z tym klubem w eliminacjach Ligi Mistrzów i sensacyjnie, jako pierwszy klub z Wysp Owczych, nie przegraliśmy pojedynku u siebie z mistrzem Białorusi. W sumie na Wyspach spędziłem osiem lat i z okazji jubileuszów klubu jestem tam zapraszany, a działacze pamiętają o swoich byłych zawodnikach, opłacają bilety lotnicze i pobyt, co jest bardzo miłe.

- Jeden z pana synów nadal mieszka, gra i trenuje na Wyspach Owczych?

- Tak Łukasz cały czas tam mieszka, zdobył również mistrzostwa tego kraju. Teraz skupia się na pracy trenerskiej. Adrian natomiast mieszka w Walii, a swego czasu był blisko gry w pierwszej drużynie Manchesteru City, jeszcze przed przyjściem arabskich szejków do tego klubu.

- Co pan obecnie robi?

-  Po powrocie z Wysp Owczych pracowałem jako trener, lecz  ciężko było z tego wyżyć i przystałem na propozycje kolegi by zostać taksówkarzem. Początkowo łączyłem pracę na taksówce z trenowaniem zespołów młodzieżowych w Gnieźnie, lecz ostatecznie postanowiłem skupić się tylko na pracy taksówkarza.

- Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcia: Z archiwum rodzinnego R. Cieślewicza

X

Napisz do nas!

wpisz kod z obrazka

W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych i na potrzeby wtyczek portali społecznościowych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki.
Zrozumiałem, nie pokazuj ponownie tego okna.
x