Echogorzowa logo

wiadomości z Gorzowa Wlkp., publicystyka, sport, żużel, felietony, blogi

Jesteś tutaj » Home » Zdarzyło się kiedyś »
Arety, Marty, Marcina , 24 października 2021

Gorzowianie drogą św. Brata Alberta

2012-05-31, Zdarzyło się kiedyś

medium_news_header_416.jpg

To w tym budynku, przy ul. Jerzego 23, powstało w 1989 roku pierwsze  w Gorzowie schronisko dla bezdomnych.

Gorzowskie Koło Towarzystwa Pomocy im. św. Brata  Alberta obchodzi w tym roku 25-lecie swego istnienia. Z tej okazji została wydana książka „DROGĄ BRATA ALBERTA”, opisująca dzieje towarzystwa i pomocy bezdomnym. W książce znalazł się również reportaż z tygodnika Ziemia Gorzowska, autorstwa Doroty Frątczak, która pokazała ówczesne dole i niedole ludzi bez dachu nad głową, bez pracy i bez perspektyw życiowych. Oto ten reportaż.

 

Bezdomni

 

Myszkują po śmietnikach, nocują po piwnicach i klatkach schodowych, tułają się po dworcach i parkach. Nie mają dokąd pójść. Najgorsza jest zima – wtedy łatwo zamarznąć. W rocznikach statystycznych nie ma pozycji: ludzie bezdomni, w życiu niestety jest taka kategoria. Ilu jest w Polsce bezdomnych? Nikt tego nie wie. Jedni szacują na kilkadziesiąt tysięcy, inni na 200-300 tysięcy. Przytułków dla nich jest ledwie kilka. Największy we Wrocławiu.

 

Wjeżdżając do Wrocławia od strony Leśnicy mija się po lewej stronie kompleks baraków z ciemnego drewna.

- O, tu jest przytułek dla bezdomnych – mówią mieszkańcy okolicznych osiedli, omijając szerokim łukiem to miejsce w drodze na spacer do pobliskiego parku.
-  Strach tam chodzić – dodają – bo ci ludzie, to najgorsze męty.

Grabią zbutwiałe liście, porządkują teren przy bramie i płocie. Licho wyglądają. Od szarych, nijakich ubrań odbijają ich czerwone, zniszczone twarze. Są trzeźwi. Może dlatego dali się namówić do pracy. W głębi spacerują inni, również szaro-czerwoni. Trzymają ręce w kieszeniach. Zalatuje od nich denaturatem i kuchenną łaciną.

Olek otwiera kluczem drzwi do budki przy bramie. Wyglądało toto jak licha portiernia, a nie biuro wrocławskiego koła Towarzystwa Pomocy im. Adama Chmielowskiego (Brata Alberta, który jest też patronem schroniska). W klitce nie większej chyba niż 2 na 3 metry stoi szafa, biurko z telefonem, rozkładany fotel i trzy krzesła. Fotel jest rozłożony i zarzucony łachami. Coś się pod nimi rusza. Przy biurku pani Lidia pisze listy do więźniów.

- Mamy tu chorego – wskazuje na wyrko.

Z klitki obok do klitki-biura wchodzi starszy, wysoki jegomość. Wygląda trochę jak westman w sutannie. Ksiądz Jerzy Adam Marszałkowicz całe życie poświęcił niesieniu pomocy ludziom bezdomnym. Tu, we wrocławskim schronisku, od początku z nimi mieszka. To już 6 lat.

Siada bokiem przy biurku, żeby nie przeszkadzać pani Lidii. Porządkuje jakieś rachunki. Przychodzą pieniądze od różnych ludzi i instytucji na pomoc dla ubogich, przychodzą też listy od podopiecznych z prośbą o przysłanie pieniędzy, paru groszy na jedzenie, na podróż.

Znowu zgrzyt klucza. Olek wchodzi z triumfującym uśmiechem. Za nim pcha się ten zalatujący denaturatem i kuchenną łaciną, ale Olek radzi sobie.

- Proszę księdza – mówi – mam zapisanych sześć osób, co pracowały. Można im dać papierosy.

Nim dostanie pieniądze i pójdzie do kiosku po parę paczek popularnych, dokończy mi tę myśl porzuconą przy bramie, że jest tu „zastępcą księdza”.

- Chcę wstąpić do zakonu. Przygotowuję się do tego.

Olek ma 28 lat, lekki niedorozwój umysłowy i dobre serce. Dawniej pracował w Pafawagu, teraz jest jednym z sześciu etatowych pracowników schroniska dla bezdomnych. Ma ręce pełne roboty, czuje się tu potrzebny. „ustawia” tych swoich podopiecznych, oni klną, ale mimo to jakoś tak sympatycznie odnoszą się do niego. Może dlatego, że wspólna jest im słabość? Każdy z nich inaczej, każdy z innego powodu, ale jednak jest słaby. Znacznie bardziej się buntują, kiedy wkracza między nich ksiądz Marszałkowicz. Czują, że to człowiek silny i przy całej swej łagodności niezwykle konsekwentny.

- Idź do tej cukrowni załatwić wreszcie zwolnienie z pracy.
- A co mi ksiądz będzie gadał.
- Idź i załatw to. Zrozum, że musisz podjąć pracę, inaczej znowu za parę dni cię zamkną.
- To tak mi ksiądz życzy? To ksiądz by chciał, żeby mnie zamknęli do więzienia? No proszę, niech ksiądz dzwoni po milicję.
- K...mać – wtrąca się inny – jak już księża trzymają z komuną, to źle jest w tym kraju.
- Nie chcę, żebyś znów trafił do więzienia. Dlatego proszę cię, idź załatw tę pracę.
- Nigdzie nie pójdę!

Młody, gniewny wkłada ręce do kieszeni i odwraca się. Niby to gapi się w telewizor. Dziwnie wygląda telewizor w takim pomieszczeniu. Stary model, a i tak kojarzy się z kwiatkiem przy kożuchu. Wyrka - 10 czy 12 - ciasno poustawiane jedno przy drugim odpychają brudem. Ich to nie razi. Grunt, że jest ciepło. W blaszanej misce moczą się jakieś ciuchy. Obok kawałek lustra. Na gwoździach wiszą stare płaszcze i marynarki. Paru mężczyzn leży na wyrkach. Ten od „komuny” uśmiecha się. W pierwszej chwili nie wiem czyj to głos z telewizji czy jego.

- Jesteśmy zadowoleni z pobytu tutaj. Jest nam tu bardzo dobrze.

To jest barak, który podopieczni schroniska wybudowali sami. Tu nocuje najwięcej osób i ma najlepsze warunki. W końcu to murowany barak. Naprzeciw niego pusty plac po drewnianym baraku, który był ich pierwszym schronieniem. W Wigilię 1981 roku, w dniu otwarcia schroniska, pierwsza grupa bezdomnych znalazła tu dach nad głową i ciepłą strawę.  Później przyjechała straż pożarna i stwierdziła, że to niezgodne z przepisami – ludzie nie mogą mieszkać w drewnianym budynku. Dlatego te solidne baraki z ciemnego drewna, o których niewtajemniczeni mówią „przytułek”, służą jako magazyny, bezdomni zaś przycupnęli między nimi w różnych budkach i komórkach.

Przyszedł nakaz eksmisji. 60-70 osób korzystających z noclegu w drewnianym baraku musiało się wynieść. Dokąd? Znowu do parku, na dworce czy klatki schodowe. Towarzystwo Brata Alberta odwołało się do Wojewódzkiej Rady Narodowej. Prasa wzięła bezdomnych w obronę. WRN wnioskowała, żeby przydzielić obiekt zastępczy. Przydzielono. W Szczodrem, 20 km od Wrocławia, przeznaczono na schronisko dla bezdomnych stary pałac. Jesienią ubiegłego roku drewniany barak został rozebrany. Dziś praktycznie remont pałacu został już zakończony, przebywa w nim około 150 osób. I problem wydaje się... nadal nierozwiązany.

W schronisku wrocławskim nocuje 35-40 osób. Bywa tak ciasno, że robi się posłania na podłodze w kuchni i biurze. Niektórzy nocują nawet pod wiatą – leży tam trochę rupieci, m.in. stare wierzchy od tapczanów. Zawsze to kawałek dachu nad głową i na nos już nie kapie, choć wieje z czterech stron.
W „wozie Drzymały” jest pięć legowisk na podłodze. Gra radio. Siedzi tylko Józef i Staś. Józef jest tu nowy. Dopiero trzy tygodnie temu trafił do schroniska. Wcześniej nocował – jak mówi – gdzie się dało i jadł, co ludzie dali. Czasem udało się przenocować w jakiejś stodole, ale w końcu gospodarze przepędzali. Nocował więc po polach, łąkach, nieraz pod schodami. Józef nie ma żadnej rodziny, nikogo. Nie ma domu, nie ma renty, ani emerytury. Pracował sezonowo w pegeerach, nikt zaświadczeń mu nie dawał, nie ma uprawnień do żadnego grosza z ZUS-u. Chciał jeszcze pracować, chociaż na stróża gdzieś się nająć, ale od kiedy skończył sześćdziesiątkę, nikt go już nie chce zatrudnić.

W oczach błyszczą mu łzy, gdy mówi jakie to szczęście, że tu trafił. Staś się uśmiecha. On zna to wszystko, choć nie przyznaje się, że schronisko, to dla niego jedyna szansa wegetacji.

- Ja się zimna nie boję – rzuca buńczucznie, układając sobie nogę do siedzenia po turecku – bywało, że liście do pleców mi przymarzały, jak spałem na dworze.
Jest trzeźwy. Wyjątkowo tak miło, spokojnie rozmawia, nie rzuca się, nie awanturuje. Cierpi na schizofrenię. Ma bystre, przenikliwe oczy. Jest jakiś zagadkowy. Nic go nie dziwi, nic nie oburza, nic nie boli – tylko na taki pancerz go stać.
Przed laty pracował na państwowej posadzie, później poszedł do prywaciarza. Myślał, że tak będzie lepiej. Mógł więcej zarobić. Pewnego razu popił zdrowo. Chciał przejść po rurze. Spadł do rowu. Od tego czasu – a będzie to już 10 lat z okładem – ma kłopoty z nogą.

- O tu – odwija nogawkę – wycięli mi kawałek kości, na trzech gwoździach reszta nogi się trzymała. Dwa już powyrywałem, jeszcze jeden mi został.

Ma trudności z chodzeniem nawet o kulach. Ostatnio trochę wypił, spadł ze schodów przed sklepem – twarzą w błoto. Powinien iść na operację. Lekarze orzekli amputację nogi. Nie chce. Po co mu to? Jeszcze przecież się trzyma. Staś też nie ma prawa do renty. Żyje tylko z zasiłków. Ma rodzinę, ale – zaraz ucina – kontaktów z nią nie utrzymuje, nie chce utrzymywać. Od sześciu lat mieszka w schronisku i jest z tego zadowolony.

Praktycznie może więc dostawać do ręki 200 zł ze swego zasiłku (nr ZG, w którym tekst był drukowany, kosztował 40 zł – przyp. autorki). Zasada jest taka – jeśli ktoś otrzymuje zasiłek z opieki społecznej, to 5950 zł potrąca mu się za korzystanie z noclegów i wyżywienia; jeśli nie ma żadnych dochodów, otrzymuje wszystko za darmo. Rodzi to konflikty i pretensje wśród podopiecznych – dlaczego jedni muszą płacić, a inni nie? Nie ma innego wyjścia. Każdy grosz w ich rękach oznacza picie. Dlaczego wszyscy nie otrzymują zasiłków?
- Opieka społeczna – mówi ksiądz Jerzy – bardzo formalnie podchodzi do tych spraw. Jeśli np. ktoś ma dzieci, które są zobowiązane do alimentacji, to odsyłamy go do sądu i zasiłku nie dostaje. Kiedy mieliśmy ze stu ludzi, to może ze 20 zasiłków przychodziło. Większość naszych ludzi jest niezdolnych do pracy. Mało kto przychodzi z jakąś rentą. Czasem my tę rentę wyrabiamy.
- Ktoś np. pracował 15 lat
– wtrąca pani Lidia przerywając na moment swoją korespondencję – ale  w więzieniu, albo pracował 10 lat, ale nie w ostatnim okresie.
- Niektórzy szukają sobie zajęcia. Milicja ich pogania, my zachęcamy.

Do kantorka wchodzą dwie młode kobiety.
- Przywiozłyśmy trochę rzeczy. Komu można to dać?
- A co to jest?
- Bielizna pościelowa, ręczniki, płaszcze, spodnie.
- Panie Olku, gdzie można to położyć?

Olek bierze plecak i zanosi do magazynu.
Dzwoni telefon. To już chyba piąty. Pani Lidia mówi:

- Oprócz bezdomnych mamy tutaj też innych podopiecznych. Wysyłamy paczki do więzień, zapomogi dla tych, którzy wychodzą, listy. Niektórzy przysyłają po dwa listy tygodniowo.

Do kantorka wchodzi chłopak w połatanych spodniach.
- Placki drożdżowe przywiozłem. Trzeba podpisać.

Duchowny podpisuje i tłumaczy ten zbytek:
- Były w końcu ostatki. Zamówiliśmy dla naszych ludzi i ze Szczodrego trochę ciasta.

Czy pamiętają jeszcze smak takich łakoci?
Znowu wchodzi Olek i zarządza gdzie te placki ułożyć. Za każdym razem, gdy otwiera drzwi, któryś z podpitych pensjonariuszy próbuje wcisnąć się za nim. Bezskutecznie. Klną. Ich język składa się jakby z 3-4 słów, których używają w różnych kombinacjach gramatycznych. Okazuje się, że jeden czasownik i 2-4 rzeczowniki wystarczą, by wyrazić wszystko – złość i gorycz.
Filipiak ma 49 lat. Wszedł cicho, bo mówić mu trudno. Ma szczękę złamaną w trzech miejscach. - - - Jak to się stało?
- No chyba nie zrobiłem sobie tego, jak spadłem z ławki – warczy.

Nie pamięta, nie wie, jak doszło do złamania. Chyba ktoś go pobił. Był pijany. Przez sześć tygodni będzie nosił na głowie „uździenicę” założoną w szpitalu. Najgorsze, że nie może jeść. Prosi o pieniądze. Pójdzie do baru mlecznego na kaszę mannę. Nic grubszego nie da rady zjeść. Jeszcze chciałby koc. Nocuje teraz u kolegi. Może też jakieś spodnie znalazłyby się?

- Po co spodnie? Przecież te są dobre.
- No tak, ale są przepocone, a wyprać nie mogę, bo nie mam nic na zmianę.

Będą spodnie. Zatrzyma je, czy sprzeda, żeby mieć na wódkę lub chociaż denaturat? 80 proc. podopiecznych schroniska to alkoholicy. Są w takim stadium choroby, że nikt ich już nie chce. Tylko w schronisku znajdują pomoc, pozwalającą utrzymać się przy życiu. Są trudni. Niektórzy piją już tylko salicyle. 90 proc. podopiecznych to ludzie, którzy weszli w kolizję z prawem, a wiadomo – kto siedział, też najczęściej jest odrzucany przez środowisko.

Jurek po wyjściu z więzienia trafił do schroniska. Wielkie, uśmiechnięte chłopisko. Porządny gość. Nie jest żadnym darmozjadem. Pomagał w budowie sanitariatu. Teraz rządzi w garkuchni. Był kiedyś kucharzem, więc gotuje dla wszystkich bezdomnych, którzy przewijają się przez schronisko. Na początku była tylko gorzałka i zanosiło się na to, że opiekun bezdomnych będzie gotował sam. Szybko znalazły się talenty kulinarne wśród podopiecznych. Dziś Jurek ma już do dyspozycji prawdziwy „taboret”, czyli kuchenkę gazową.

W tzw. świetlicy siedzi przy stołach 20-80 mężczyzn. Niektórzy właściwie leżą i pijani bełkocą. W kuchence Jurek ustawia dwa talerze. Muszę przyjąć poczęstunek zupą, którą ugotował. Dobra wyszła, solidna. Co chwilę ktoś przychodzi po dokładkę. Nie, naprawdę nie będzie to z żadnym uszczerbkiem dla tamtych facetów. Oni już się najedli. Księdzu widać też smakuje. Tłusty, gęsty krupnik, ostro przyprawiony na pewno bardziej smakuje tym kloszardom, niż mleczna zupa serwowana na śniadanie.

Wieczorem w świetlicy stoły się zsuwa i też jest sypialnia. Tylko w magazynku z odzieżą nikt nie śpi. Przychodzi dziewczyna po buty. Pomaga tu społecznie. Pójdzie do szpitala po wypisanego pacjenta.
- Dzwonił do mnie i mówił, że nie wie w czym wyjść, bo nie ma butów.
- Kiedy ja z nim rozmawiałam, to prosił jeszcze o żyletki i papierosy.

Idziemy do maleńkiej przybudówki zwanej magazynem. Pod sufitem wiszą kurtki, płaszcze, marynarki. Jak w pralni chemicznej, tylko zapach inny. Sporo jest tej odzieży, bielizny nieporównanie mniej. Najgorzej jest z butami. Na półkach stoją parami, na podłodze leży kupka pojedynczych butów. Chyba też mogą się przydać, jak skończy się zapas z półek.

- K...mać, niech mi ksiądz da spodnie albo rękawiczki, bo k...mać rączuchny mi marzną – wciska się wreszcie do magazynku ten najbardziej zalatujący denaturatem i kuchenną łaciną.
- Spodnie masz, dostałeś niedawno, a rękawiczek nie mamy.

Wkłada ręce w kieszenie i „rzuca mięsem”. Duchowny daje dziewczynie buty – niestety bez sznurowadeł – z zakamarków sutanny wyciąga pieniądze.

- To na sznurowadła, żyletki i papierosy.

Czy ten sznur interesantów wreszcie się skończy? Nie. Tak jest cały czas. Schronisko jest rodzajem pogotowia opiekuńczego dla dorosłych, musi więc o każdej porze dnia i nocy służyć pomocą. Etatowcy załatwiają aprowizację, kartki żywnościowe, tysiące formalności w urzędach, bo temu trzeba dowód wyrobić, temu zameldowanie załatwić, dla tego starać się o miejsce w szpitalu, dla innego w domu pomocy społecznej, itd. W schronisku są dyżury – Jerzy Adam Marszałkowicz jest tam przez 24 godziny na dobę.

Zima jest najtrudniejsza – dobrze, że jest taka lekka – wtedy największe jest zagrożenie, że ktoś bezdomny, bezradny, samotny, bez grosza przy duszy zamarznie czy umrzeć z głodu.

- Wielu z nich – tłumaczy ksiądz Jerzy swoich podopiecznych – trudno winić za to, do czego doszli. Są to ludzie, którzy często nie odebrali żadnego wychowania. Pochodzą z rodzin rozbitych, z domów dziecka. Wielu to psychopaci, ludzie zdesperowani, bliscy samobójstwa.

Mniej więcej rok temu w „Tygodniku Powszechnym” pisał o nich: „są to przede wszystkim ludzie słabi. Są to ludzie, którzy nie potrafią w życiu zwycięsko walczyć, lecz załamują się i idą na dno. Nazywają się sami ludźmi przegranymi”.

Schronisko we Wrocławiu nie jest w stanie sprostać  wszystkim potrzebom – proporcje są jak 1 do 10 – brakuje przede wszystkim miejsc noclegowych. Tych przegranych jest niestety zbyt wielu.

***

 

W Gorzowie też są bezdomni, którzy spadli na dno. Nie mają żadnego schroniska, żadnego pogotowia opiekuńczego.

Dorota Frątczak
Ziemia Gorzowska nr 12 z 1988 r.

Od redakcji: Nie przypadkiem reportaż ten ukazał się w 1998 roku. W  tym czasie bowiem Gorzowskie Koło Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta zabiegało o zgodę władz na przejęcie budynku przy ul. Jerzego 23 na schronisko dla bezdomnych. Schronisko powstało kilka miesięcy później.

 

X

Napisz do nas!

wpisz kod z obrazka

W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych i na potrzeby wtyczek portali społecznościowych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki.
Zrozumiałem, nie pokazuj ponownie tego okna.
x