Echogorzowa logo

wiadomości z Gorzowa Wlkp., publicystyka, sport, żużel, felietony, blogi

Jesteś tutaj » Home » Zdarzyło się kiedyś »
Arety, Marty, Marcina , 24 października 2021

Artysta, co nie pragnął materialnych gadżetów

2012-09-19, Zdarzyło się kiedyś

medium_news_header_1492.jpg

30 września 1992 roku zmarł Andrzej Gordon. Mija więc 20 rocznica jego śmierci. Z tej okazji przypominamy reportaż Bogdana J. Kunickiego o nim, opublikowany w książce „W przestrzeni tęczy”, wydanej w 1996 r. przez Agencję „Dejamir”.

Smak życia

- Nie przejmuj się - powiedział pocieszająco - oni tacy już są: niewyżyci, gderliwi, cały talent wkładają w złośliwość. Ale w gruncie rzeczy to porządni ludzie i można z nimi wytrzymać. Po paru miesiącach przywykniesz, a z czasem staniesz się takim samym zrzędą.
Przedpołudniowym przytuliskiem gorzowskiej bohemy w latach siedemdziesiątych był MPiK. Wiosną 1971 roku przychodziłem do klubu od kilku tygodni i zza gazet podglądałem sławetny Stolik Numer Jeden, gdzie rej wodził Zdzisław Morawski a pota¬kiwał mu wytrwale Wojtek Sadowski, Hirek Świerczyński ubolewał nad niewdzięcznym losem społecznego działacza, Waldek Kućko wespół z Ziutkiem Czerniewiczem obmy¬ślali koncepcję kolejnych Konfrontacji Fotograficznych. Tam też po raz pierwszy spotka¬łem Andrzeja Gordona: miał już przy stoliku swoje stałe miejsce. Trochę zresztą o nim wcześniej słyszałem, bo należał do tego wybranego gatunku ludzi, których zachowania szybko obrastają anegdotami. Chciałem nawiązać kontakt z miejscowymi artystami, ale zawsze brakowało mi odwagi. Wreszcie - wykorzystując rekomendację zaprzyja¬źnionej ze Zdzichem osoby - przełamałem nieśmiałość, skromnie zagadnąłem o „Ziemi Gorzowskiej", której pierwszy numer właśnie się ukazał. Morawski burknął jakąś niezo¬bowiązującą życzliwość na temat ewentualnej współpracy i podjął przerwaną opowieść, bez reszty absorbując pozostałych. Napuszona menażeria - pomyślałem zawiedziony - nawet nie zaproponowali, abym się przysiadł. Nic tu po mnie.
Wróciłem speszony do niedopitej herbaty, i wtedy podszedł Andrzej ze słowami otuchy. On jeden dostrzegł moje zakłopotanie, zdobył się na gest, nie wiedząc chyba nawet, jak bardzo tego wsparcia wówczas potrzebowałem. Zagadał tak, jakbyśmy znali się od dawna, zaprosił do pracowni. Rychło znaleźliśmy wspólny język. Andrzej wprowa¬dzał mnie zatem w gorzowskie środowisko i kto wie, jak potoczyłyby się moje losy, gdyby tamtego dnia zaspał na poranną kawę.
Z Andrzejem łączyła mnie więź szczególna. Szybko ją nawiązaliśmy, w parę mie¬sięcy po osiedleniu się w Gorzowie, kiedy - w zupełnie obcym mieście - bardzo potrzebo¬wałem „pokrewnej duszy", Andrzej zaś komunikatywnością i bezpośredniością na kom¬pana nadawał się wyjątkowo. Studiowaliśmy w tym samym czasie w Warszawie, mieli¬śmy, jak się później okazało, wspólnych znajomych i zapewne nie raz mijaliśmy się na ulicy. Okna mojego wydziału wychodziły na ASP, a studenci filozofii mieli zdrowy zwy¬czaj podglądania sąsiadów, gdy ci szkicowali nagie modelki. Jakże wtedy zazdrościli¬śmy artystom owych zajęć, dużo przecież atrakcyjniejszych niż mozolne przedzieranie się przez zawiłości Ksenofonta i Arystotelesa. Szczególnym wzięciem cieszyła się po¬stawna blondynka o wdzięcznym imieniu (a może przezwisku) Eufemia: robiąc przerwę w ślęczeniu nad książkami mówiliśmy nawet „czas na Eufemię". Kiedyś z przyzwycza¬jenia powiedziałem tak przy Andrzeju, co go szczerze rozbawiło, bo w żargonie stu¬dentów ASP rzeczona Eufemia kojarzyła się dość frywolnie. Na pamiątkę tamtych cza¬sów podarował mi wtedy jeden z pierwszych swoich dojrzałych obrazów - pracę dyplo¬mowa utrzymana jeszcze w stylu nowej figuracji, który później stopniowo zarzucał.
Ale dopiero w Gorzowie los zetknął nas ze sobą. Uważałem wkrótce Andrzeja nie¬mal za przyjaciela, a słowo to miało dla mnie szczególny, wyjątkowy ciężar gatunkowy, Jedna sprawa, tak w gruncie rzeczy błaha, że pewnie w ogóle jej nie zauważył, przekre¬śliła wszystko. W 1973 roku byliśmy z Andrzejem członkami kolegium redakcyjnego „Ziemi Gorzowskiej": po moim tekście protestującym przeciw dewastacji niemieckie¬go cmentarza przy ul. Walczaka i przerabianiu go na park, doszło do ostrego konfliktu z władzami. Wzięty na „dywanik"  nieźle nastraszony ówczesny naczelny jednodniówki, Florek Nowicki, zapowiedział, że więcej podobnie prowokacyjnych materiałów druko¬wać nie zamierza, bo nie chce świecić oczyma przed „kumitetem". Rozwścieczone kolegium demonstracyjnie i solidarnie zrezygnowało z dalszego redagowania pisma -wyłamał się tylko Andrzej, Florek musiał ustąpić z funkcji naczelnego, objął ją ponow¬nie Zdzisław Morawski, ale w nowej redakcji dla Gordona miejsca już nie było. Andrzej, który zawsze stronił od polityki, zachowując postawę klerka - interesował się nią wprawdzie, lecz w postępowaniu ignorował całkowicie - zlekceważył chyba incydent. Nie znałem wtedy jeszcze wystarczająco jego charakteru, dla mnie ów drobiazg stał się niezmiernie ważny: sprawił że straciłem wiarę w lojalność i to bezgraniczne zaufanie, jakiego od przyjaciela wymagam, i choć nadal zachowaliśmy do siebie wiele sympatii, coś się wtedy załamało i tamtych zażyłości odtwarzać już nie chciałem, mimo że takie przyjazne ludziom, jak Andrzej, osoby należały w Gorzowie do rzadkości. Dzisiaj tak bym nie postąpił, w młodości jednak popełnia się wiele głupstw w imię szczytnych ideałów, coraz mniej rzeczywiście z czasem wartych. Parę dni przed śmier¬cią Andrzeja spędziłem w jego pracowni długi wieczór, wspominaliśmy przeszłość, snu¬liśmy wspólne plany wydawnicze, które wkrótce miały się okazać niebyłe.
Andrzejowi też zawdzięczałem coś jeszcze innego. Załatwił mi, rzec tak można, karierę wojskową. Absolwent wydziału filozoficznego przeznaczony był zwykle na oficera politycznego, tedy mnie czekało paromiesięczne szkolenie gdzieś w Polsce. Należało jednakowoż zapisać się uprzednio do partii, a do tego tym bardziej było mi niespie¬szna Dwa razy w roku wzywano mnie do komendantury, pytając nieodmiennie, czy już dostałem czerwoną legitymację, Kręciłem, jak mogłem: a to nie miałem rekomendacji wprowadzających, bo w Gorzowie mieszkałem za krótko, a to POP w rodzimym zakła¬dzie przekroczyła limit inteligentów (istniało coś takiego, partia proletariuszy musiała mieć określony skład). Trwało to irytująco długo - trzy, może cztery lata - zaczęto więc podejrzewać matactwo i postawiono sprawę na ostrzu noża: albo w drodze wyjątku podpiszę deklarację, że wstąpię do PZPR po szkoleniu politruków, albo natychmiast idę na inny kurs oficerski. Nie było wyjścia, przeto smutny siedziałem w empiku z kolejnym wezwaniem w ręku.
- Co ci dolega? - pyta Andrzej. Opowiedziałem o przyczynach frasunku.
- Nic się nie martw. Ja też tam idę, to cię wybronię. Tylko mów, ze chcesz podpisać zobowiązanie na szkolenie politycznych.
O dobrych układach Andrzeja z wojskiem wiedzieli wszyscy. Powoływano go po parę razy w roku na dwa, trzy dni. Zawsze przed sztandarowymi uroczystościami państwowymi: l Maja, 22 Lipca, dniem LWP, po prostu, był potrzebny do robienia oprawy plastycznej świąt: dekorował wojskowe kluby na akademie, malował plansze, wypisy¬wał hasła jak to Polska rośnie w siłę, a ludkom żyje się dostatnio. Dzięki temu poznał wielu oficerów i traktowano go na tyle przyjaźnie, że noce spędzał w domu przy Zosinym boku, nosił długą czuprynę, której przed każdym wcieleniem nie musiał obcinać, a jedynie zmyślnie ukrywać pod czapką. Ewentualnie wchodził do koszar od strony poligonu, aby nie gorszyć gołogłowych rekrutów. Możliwości miał więc spore, ale ta sprawa wydawała się beznadziejna, natomiast deklaracja nagłego pragnienia wyjazdu na kurs odbierała resztki złudzeń. Andrzej zresztą najdrobniejszej rzeczy sobie załatwić nie po¬trafił, a cóż dopiero komuś, w dodatku tak skomplikowaną. Na domiar złego z instytu¬cja zupełnie wobec żartów głuchą.
Do majora wszedł pierwszy. Nie było go z kwadrans. Wyszedł z kartą powołania na trzy dni.
- Mnie się nie udało wymigać, ale ciebie załatwiłem - szepnął w przelocie. Właśnie tak powiedział: ciebie, a nie tobie. Zrozumiałem to rozpaczliwie jednoznacz¬nie. Melduję się majorowi, nogi waciane, dusza na ramieniu, lecz zgodnie z Andrzejowymi wskazówkami proszę o skierowanie na kurs.
- Wiecie, obywatelu, nie ma się co spieszyć. Przemyślcie jeszcze, załatwcie z tą partią. Podejmiemy decyzję za rok.
Świat nagle wypiękniał, urosły mi skrzydła, uradowany lecę do empiku, a Andrzej rechocze.
- Dali mi spokój! Jak ty to załatwiłeś?
- Aaa tam. bzdura - odpowiedział. Bzdura była jego ulubionym słówkiem - nic trudnego. Spytałem majora, co zamierza zrobić z tym facetem pod drzwiami. Powie¬dział o planowanym szkoleniu, więc ja dalej, czy wie z kim ma do czynienia. Przecież ten człowiek – mówię - jest ideologicznie niepewny, studiował w marcu 68 roku na warszawskim wydziale filozoficznym, za Żydami się opowiadał, w obronie Michnika, Kuronia i Modzelewskiego strajkował. Wielkie to ryzyko, gdyby miał żołnierzy polityki uczyć. Widziałem twarz majora i byłem pewien, że powołanie masz z głowy,
Dalszej rozmowy zrekonstruować nie potrafię. Absolutnie jestem natomiast przeko¬nany, że tamtego dnia wielokroć biegałem do pobliskiej „Filipinki".
Andrzej był jeszcze studentem, kiedy osiadł w Gorzowie. Czemu ten świetnie prze¬cież zapowiadający się artysta wybrał właśnie prowincjonalny ośrodek, tak niewiele mający w gruncie rzeczy do zaoferowania, gdy idzie o warunki rozwoju osobowości twórczej - tego jasno nie wie nikt. Trzeba jednak obiektywnie przyznać, że nie on jeden uległ urokom zaścianka. W tym samym, 1969 roku zamieszkało w Gorzowie paru świe¬żo nobilitowanych plastyków: Antoni Górnik (potem zielonogórzanin z wyboru), Jerzy Koczewski (wyjechał później na Dolny Śląsk), bodaj Henryka Żbik-Nierubiec, wkrótce Wiesław Strebejko z Ewą, których do Gorzowa sprowadził właśnie Gordon. Szczegól¬na rola przypadała jednak wtedy Bolesławowi Kowalskiemu, z którym Andrzej przez długi czas stanowił nierozerwalny tandem. Dopingowali się wzajemnie i z korzyścią dla obydwu: razem uczestniczyli w konkursach, urządzali większość swoich ówczesnych wystaw. Wspólnie też wykonywań komercyjne „murale" - wielkie, dobrze płatne rekla¬my ścienne (jedna z nich w postaci plastra miodu, zachowała się jeszcze, wyszczerbiona upływem lat, na Domu Spokojnej Starości przy zbiegu ulic Teatralnej i Sikorskiego) - AMBITNIEJESZE aranżacje wnętrz (mozaika w kawiarni „Sezam", nieistniejąca już hala na poczcie głównej), czy kompozycje (np. elewacja gmachu „Zrębu”). Obrotniejszy Bolek zabiegał o zlecenia i organizował roboty, Andrzej wstydliwie, chyłkiem niemal, wchodził na rusztowania, ciągle z zażenowaniem tłumacząc się przed kolegami, że robi to wyłącznie „dla chleba”. Dzielili też jedną pracownię mieszczącą się w okropnej czyn¬szówce przy ul. Pionierów, która szybko przekształciła się w miejsce popołudniowych spotkań nie tylko artystycznej młodzieży, ale i całego grona plastycznego oraz satelic¬kiego: niemal codziennie bywał tam Hirek Świerczyński, Mietek Rzeszowski, Michał Puklicz, Waldek Kućko, Jasiu Korcz, wpadał Jurek Szalbierz, Florek Nowicki, Kazik Nowik. Do tej pracowni - a w jej rogu zalegały setki, później tysiące butelek po winie, gdy Andrzej z Bolkiem gromadzili taki właśnie oryginalny surowiec do jednej z kompozycji ściennych - zaglądałem często. Panował tu nastrój, jakiego brakowało bardziej nobliwe¬mu „empikowi", gdzie zbierali się podówczas wszyscy twórcy: klimat przyjacielskich sporów, przekomarzań przeplatanych żartem, trunkową rozrywką, chichotem dziew¬cząt, Ale też atmosfera burzliwych kłótni o kształt lokalnej kultury, nierzadko błyskotli¬wych dysput o sztuce. Kto wie, czy dla integracji młodej, raczkującej w gorzowskość inteligencji owa pracownia we wczesnych latach siedemdziesiątych nie miała znacze¬nia równie doniosłego, jak dla całego środowiska sławetny „Stolik Numer Jeden”?
Andrzej był człowiekiem niezwykle oczytanym, inteligentnym, choć - jak to zazwy¬czaj bywa u plastyków z natury myślących kategoriami abstrakcyjnymi, oderwanymi, rzadko używających słowa jako narzędzia wypowiedzi - raczej nieskorym do polemik, łatwo nawiązywało się z nim kontakt, z przyjemnością rozmawiało na każdy temat. Prostolinijny w życiu, prostoduszny w dyskusji otwarcie i dosadnie wyrażał swe opinie. Nie był przy tym ani odrobinę zawistny, ale też używał bardzo spłaszczonej skali ocen, w której brakowało miejsca na półcienie, szarości. Widział wszystko w sposób prawie dziecięcy, dychotomicznie: piękne lub brzydkie, dobre bądź złe, mądre albo głupie, Spodobały mi się kiedyś nowe prace jednego z gorzowskich artystów i nie omieszkałem ich pochwalić.
- Bzdury gadasz. No, no, no, no - w sporadycznych, raczej nietypowych dla niego stanach irytacji zaczynał się jąkać, wyrzucając z siebie monosylaby z prędkością auto¬matu - no, przecież on w ogóle malować nie umie!
Lgnął do ludzi powodowany silnym instynktem towarzyskim: dobrze się czuł wśród nich, a oni w jego towarzystwie. Przez pracownię przewijały się codziennie dziesiątki osób, a on wszystkich witał z radością. Miał rzadką właściwość, która cudzej obecności nie czyniła uciążliwą: potrafił interesująco rozmawiać nie przerywając pracy. Prosił tylko gości, aby w przypływie boskiego natchnienia, jakie człowieka zazwyczaj nawiedza po wódce nie chwytali za pędzle, nie próbował ujawniać własnych samorodnych talentów lecz mimo przestróg, ściany pracowni przy ul. Pionierów pokrywały liczne bohomazy przyjaciół, usiłujących dowieść, że tak, jak Andrzej, malować potrafi każdy. Wielu lubu¬skich dziennikarzy, pisarzy, aktorów tam właśnie miało swój plastyczny debiut. Ja rów¬nież.
Wielokroć przychodziło mi współpracować z Andrzejem: razem dobieraliśmy grafiki do teki Papuszy, długo a bezskutecznie namawiał mnie kiedyś do przygotowania wspól¬nego, prawdziwie polskiego i ambitnego komiksu, odrzucającego amerykańskie sche¬maty, który mu się od dawna marzył. Był bardzo odpowiedzialnym partnerem, co stano¬wi - nie tylko wśród plastyków - cechę raczej rzadka. Miał niesamowite pokłady inwencji, lecz często brakowało mu chyba cywilnej odwagi. Prosił mnie kiedyś, bodaj na początku 1980 roku, o napisanie wstępu do katalogu wystawy „Ukrzyżowania', jaka przygotowy¬wał w gorzowskim klubie Paxu „Kierunki". Zazwyczaj w takich tekstach wychodzę poza sztywne okolicznościowe ramy, lubię ogólniejszą, zwłaszcza historyczną refleksję. Tak było również wtedy: sięgnąłem do tradycji Bliskiego Wschodu, do kultury judejskiej, rzymskiej i, rzecz jasna, chrześcijańskiej. Wyszedł całkiem zgrabny szkic o ludzkim dramacie umierania na krzyżu. Tyle, że trącił trochę apostazą. Andrzej wydawał się przestraszony, powiedział więc tylko: „wiesz, tam gdzie wystawiam raczej tego nie przyj¬mą". Nie wracaliśmy do tematu, trudno mi powiedzieć, czy ośmielił się tekst pokazać wydawcy, czy też sam go ocenzurował, w każdym razie wstęp napisał ktoś inny. Kiedy potniej czytałem jego wypowiedzi, spotykałem często wątki tamtej interpretacji" widać ją akceptował, lecz nie chciał ryzykować. Był, bowiem Andrzej - i nie ma potrzeby pokry¬wać tego milczeniem - człowiekiem szczerym i odważnym w życiu prywatnym, ale nie pozbawionym pewnej hipokryzji, gdy szło o własne artystyczne interesy. Sprawiał na zewnątrz wrażenie, iż nie zależy mu na wyróżnieniach, pozornie obojętnie przyjmował pozytywne opinie o swojej twórczości, rzekomo ignorował atrakcyjne propozycje wy¬staw. Ale była to jedynie poza, bo w gruncie rzeczy zrobiłby - i robił - wiele, aby zaistnieć szerzej, aby o nim pisano, aby zyskać sławę. Nie ma w podobnym dążeniu niczego nagannego, zwłaszcza dla twórcy i dlatego owej słabości nie umiałem zrozumieć: fał¬szywa skromność zmuszała go, by się krygował, a tym samym tracił autentyczność, którą tak wszyscy u niego cenili. Jako niepospolity artysta miał pełne prawo i powody domagać się czegoś więcej, niż to, co mu dawało środowisko i zupełnie niepotrzebnie kamuflował się pozorami obojętności. Postępowaniem takim przypominał Jasia Korcza, prawie mu dorównując.
Lgnął szczególnie do kobiet. A raczej odwrotnie - one doń lgnęły przyciągane ma¬gicznie osobistym urokiem, jakąś nieuchwytną magnetyczną mocą. Zastawiał na nie pułapki zdradliwe, rozpowiadając na lewo i prawo, że „on już nie może" w słusznym przekonaniu, iż tę pozorowaną słabość Andrzeja stugębna plotka szeroko rozniesie po okolicy. A któraż niewiasta oprze się wówczas pokusie sprawdzenia pogłosek, ustale¬nia prawdy? O jego podbojach krążyły legendy. Zarzucali mu zawistni koledzy, że trwoni energię nazbyt zabiegając o względy kobiet.
- A wy byście woleli, żebym zabiegał o chłopców?
O Andrzeju zawsze mówiło się w lokalnym światku dużo. Niestety, rzadko mówiło się o jego sztuce, znacznie więcej o imponderabiliach, To dosyć typowy dla wszystkich, a już szczególnie niedorozwiniętych i prowincjonalnie zakompleksiałych, środowisk ar¬tystycznych sposób codziennego rozmawiania: rzeczową dyskusję wypiera poszukiwanie sensacji, pławienie się w atmosferę skandalu. W zaściankowych głowach rozerotyzowane prace Andrzeja i jego prywatne, równie dionizyjskie życie dawały po temu po¬żywkę nie lada. Docinki, które miały być dowcipne, żarty z których śmiał się jedynie ich autor, Andrzej traktował z pogodną wyrozumiałością, nawet wielkodusznie. Był artysta zbyt dużego formatu, by się unosić, czynić problem z drugorzędnych drobiazgów. Stał ponadto, co jeszcze bardziej rozjuszało znajomych, skłonnych przypisywać mu najdziw¬niejsze fantazje. Przyznać jednak trzeba, że Andrzej jest wyjątkowo trudnym tematem dla każdego, kto chce o nim pisać prawdę, a jednocześnie uszanować sferę prywatno¬ści. Watki intymne splatają się organicznie i przenikają jego twórczość, zawsze gdzieś trafia się na bariery budzące wątpliwości, czy szczerością dociekań nie wdzieramy się mimo woli w obszar zastrzeżony, w sferę dyskretnych uczuć, w świat pełen niewiast. Jako mężczyzna przypominał bowiem Andrzej raczej typową postać legendarnej bohe¬my, niż pomnikowych bohaterów z podręczników szkolnych. Kobiety z jego płócien zazwyczaj nie mają zaznaczonych realistycznie twarzy. Bo kochał je wszystkie, bez względu na to, kim były i jakie nosiły imiona. Zosia mogła być Joasią, Ania - Patrycją: fascynowa¬ły się nim i to udzielało się Andrzejowi. Kobiety w jego sztuce, a więc również w życiu, to zaiste problem godny eseju.
Wiele było obiektywnych powodów, aby lubić Andrzeja. Imponował kulturą osobistą i obyciem intelektualnym, jakkolwiek z pewnym trudem - charakterystycznym dla zdecy¬dowanej większości plastyków, na co dzień posługujących się zazwyczaj myśleniem obrazowo-abstrakcyjnym - potrafił pokazać to na zewnątrz. Ujmował subtelnością, we¬wnętrznym ciepłem, spontaniczną otwartością, serdecznością. Żył autentycznie, co uchodzi za największa pochwałę człowieka i miarę wartościowego życia. A że było to życie wartościowe, tego kwestionować nie sposób,
Wolny zawód, niefrasobliwy (pozornie) styl życia, kobiety, alkohol, towarzystwo pra¬wie libertyńskie - człowiek, który epatował podobnym stylem bycia musiał w zmursza¬łym moralnie otoczeniu wzbudzać kontrowersje (niby - zaprzyjaźniony ksiądz odmówi później przyjaciołom odprawienia mszy w intencji Andrzeja). Gordon zaś to, co bardzo, bardzo pożądane a z bojaźni nieosiągalne dla większości, cenił otwarcie, niesprawiedliwie ucho¬dząc za lekkoducha. Do życia faktycznie miał stosunek pogodny, chwilami wręcz beztro¬ski. Trudno jednak o inny, gdy pragnie się bezwarunkowo poświęcić twórczości, ta zaś artyście, nawet wybitnemu, nie gwarantuje znośnej wegetacji. Jak na płyciutki rynek sztuki w Polsce sprzedawał dużo - więcej zresztą bezinteresownie rozdając pomiędzy znajomych - lecz wyżyć z tego nie sposób. Dla poratowania budżetu tylko sporadycznie, z wiekiem coraz rzadziej, uciekał się do prac czysto komercyjnych - wolał cierpieć niedo¬statek niż trwonić czas na robotę banalną. Egzystował tedy skromnie, nigdy na ubóstwo nie narzekał, ani się z nim obnosił. Szczęśliwie nie miał rozbudzonych - a może je świadomie stłumił - potrzeb posiadania, nie pragnął materialnych gadżetów, co dawało fałszywe wrażenie lekkomyślności. Dzięki temu jednak uniknął powszechnej wśród pla¬styków, chronicznej frustracji. Tego właśnie drogo opłacanego luksusu zawodowej uczci¬wości, niezależności, wolności osobistej - bardziej niż talentu - zazdrościło mu środowi¬sko przede wszystkim, zazdrość ową mieszając z podziwem.
W rzeczywistości jednak poważnie i surowo traktował siebie, twórczość zaś uważał za posłannictwo. W trakcie jednej z tych nieczęstych rozmów, w których sięgamy refle¬ksji najgłębszej - do istoty człowieka, sensu jego życia - zapytałem Andrzeja, czy nie ma chwil zwątpień, albo świadomości, że można było pójść drogą inna, ciekawszą, robić rzeczy dla drugich ważniejsze.
- Jakie to ma znaczenie, skoro ja chcę to właśnie robić, ja tak czuję świat i inaczej malować go nie umiem? Mógłbym, oczywiście, kogoś naśladować, powielać jakiś sur - lub hiperrealizm. Tylko po co? Okłamywałbym przede wszystkim siebie. Też byś pewnie potrafił napisać powieść science fiction. Może nawet dobrą. Tylko po co? Niech każdy robi to, do czego został powołany,
Czy tak mówi lekkoduch? Andrzej znał dobrze smak wartościowego życia: Jego sło¬dycz i cierpkość. Był jego królem, władcą absolutnym. Niewielu z nas wypełni swe przeznaczenie w sposób równie godny.

Bogdan J. Kunicki

 

Andrzej Gordon urodził się 15 grudnia 1945 r. w Bydgoszczy. Naukę w miejscowym Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych rozpoczął w 1959 roku. Po maturze zaś (1964) podjął studia w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Jego talent szybko dostrzegli profesorowie: uzyskuje wkrótce prestiżowe stypendium artystyczne Ministerstwa Kultu¬ry i Sztuki. Po raz pierwszy swe prace pokazuje publicznie w Pruszczu (1967). Rok później ma indywidualną wystawę grafiki w kawiarni warszawskiej ASP oraz pierwszą ekspozycję zbiorową zorganizowaną wespół z grupą uczelnianych kolegów w Szwecji i Finlandii (1968). Otrzymuje drugą nagrodę w ogólnopolskim konkursie na rysunek do literatury dziecięcej (1969) i pierwszą nagrodę za tekę grafik w konkursie MON (1970). Już jako mieszkaniec Gorzowa, w którym osiadł w 1969 r., kończy z wyróżnieniem studia (l970r.), uzyskując dyplom z malarstwa oraz specjalizację z grafiki.

Pozostawił imponującą spuściznę artystyczną (około tysiąca prac), miał ponadto 40 wystaw indywidualnych, uczestniczył w kilkudziesięciu ekspozycjach zbiorowych, był laureatem licznych ogólnopolskich nagród i wyróżnień (Warszawa, Katowice, Gorzów, Zielona Góra), autorem kilku tek grafik, ilustracji książkowych, graficznych opracowań programów teatralnych i lokalnych periodyków. Największą kolekcją jego dzieł dysponu¬je muzeum zielonogórskie,
A. Gordon zmarł 30 września 1992 r. w Gorzowie, a pochowany został w rodzinnym mieście.

X

Napisz do nas!

wpisz kod z obrazka

W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych i na potrzeby wtyczek portali społecznościowych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki.
Zrozumiałem, nie pokazuj ponownie tego okna.
x