Echogorzowa logo

wiadomości z Gorzowa Wlkp., publicystyka, sport, żużel, felietony, blogi

Jesteś tutaj » Home » Zdarzyło się kiedyś »
Arety, Marty, Marcina , 24 października 2021

Był sobie siatkarz, trener i nauczyciel…

2012-10-31, Zdarzyło się kiedyś

medium_news_header_1891.jpg

Gorzowska siatkówka najwyraźniej chyli się ku upadkowi. I pomyśleć, że kiedyś, wcale nie tak dawno siatkarze Stilonu odgrywali czołową rolę w kraju, że stąd pochodzili Ciaszkiewicz, Borówko, Kłos, Bartuzi, Świderski… Jednym z tych, którzy mieli znaczący udział w tych sukcesach, ale także znacznie wcześniejszych, był Ryszard Świątkiewicz – siatkarz, trener i nauczyciel… Przypominamy o nim w reportażu Jana Delijewskiego, opublikowanym w książce „PRZYGODY ZE SPORTEM” w 1995 roku, nakładem Agencji DEJAMIR.

 

Blizna po zawale

 

Kiedy po raz pierwszy poczuł się źle, lekarz powiedział, że to tylko nerwobóle. Nic groźnego. Po kilku godzinach ścięło go z nóg. Przenikliwy ból i duszności były nie do wytrzymania. Tym razem doktor z karetki pogotowia ratunkowego nie miał najmniejszych wątpliwości. Zawał. Na sygnale odjechał do szpitala. Traf chciał, że stało się to akurat w Sylwestra, ostatniego dnia 1987 roku.

Nie, to nie byt pech. Ryszard Świątkiewicz uczciwie na ten zawał zapracował, mimo iż w ostatnich miesiącach nieco pofolgował, godząc się wyłącznie na pełnienie funkcji trenera koordynatora sekcji piłki siatkowej ZKS Stilon. Długie lata spędzone w sporcie zrobiły jednak z jego sercem to, co musiały zrobić. Tym bardziej, że ostatnia praca z zespołem ligowym siatkarzy oznaczała permanentny stan przedzawałowy, a on nie był już młody.

Siatkarz mimo woli

Urodził się w 1934 roku w Krakowie, który był rodzinnym miastem jego matki. Ojciec był Lwowiakiem. Mieszkali w Samborze koło Lwowa.

Sport na kresach Rzeczypospolitej dużo wówczas znaczył. Lwów na mapie sportowej Polski był jednym z największych ośrodków. Z Pogonią i braćmi Kucharami na czele. Jemu bliższy był jednak lwowski Sokół, którego jednym z założycieli był rodzony brat ojca. Siłą rzeczy wzrastał w sportowej atmosferze.

Wojna, okupacja... Przeprowadzka do Krakowa. Po wojnie wyjazd do Nowej Rudy (dawne woj. wrocławskie), gdzie rodzice zarzucili kotwicę na stałe. Długo by opowiadać.

Zaczął grać w piłkę nożną w miejscowym Piaście. Jako junior zapowiadał się ponoć całkiem nieźle. Nie dane mu jednak było rozwijać piłkarskiego talentu. Dyrektor liceum ogólnokształcącego, do którego począł uczęszczać, prezentował nader często spotyka­ne w przeszłości podejście do sportu. Nienawidził futbolu. Była to dla niego gra nie godna kulturalnych ludzi, na jakich chciał swych podopiecznych wychować. Kategory­cznie więc zakazał im kopania skórzanego balonu.

- Przez pewien czas grałem pod przybranym nazwiskiem, ale szybko się to wydało, bo dyrektor mieszkał w pobliżu boiska i przez lornetkę obserwował piłkarskie treningi i mecze, by wyłapać takich nieposłusznych jak ja. Dostałem burę i musiałem z piłki zrezygnować.

Dyrektor nie był jednak przeciwnikiem sportu w ogóle. Wprost przeciwnie. Gorąco zachęcał do gry w piłkę siatkową, którą traktował jako odpowiednią rozrywkę dla młodych ludzi. Siatkówka miała więc w szkole wszelkie warunki rozwoju. Tu właśnie wyrastali przyszli ligowcy Chełmca Wałbrzych, gdzie trafił również Ryszard Świątkiewicz, który mimo woli z piłkarza przekwalifikował się na siatkarza, czego zresztą nie żałował.

W 1953 roku podjął studia w krakowskiej Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego. Studiował i grał jednocześnie w pierwszoligowym Wawelu Kraków. W 1955 roku Wawel awansował do ekstraklasy. R. Świątkiewicz przez dwa sezony występował na pierwszo­ligowych parkietach. To była jego praktyczna nauka zawodu.

Po ukończeniu studiów wrócił do Wałbrzycha, do Chełmca, który występował w lidze międzywojewódzkiej. Stał się grającym trenerem i kapitanem drużyny w jednej osobie. Doprowadził swój zespół do najwyższej ligi, co wyrobiło mu markę w siatkarskim środowisku. Jako pierwszoligowiec wziął udział w jednym turnieju i... przeniósł się do Gorzowa.

- Unia znacznie wcześniej już proponowała mi przeprowadzkę do Gorzowa, ale nie miałem na to ochoty. Żona praktycznie zadecydowała, bo stwierdziła, że skoro spodzie­wamy się dziecka, to potrzebne jest nam mieszkanie. W Chełmcu nikt o mieszkaniu nie wspominał, a Unia gwarantowała... Tak znalazłem się w Gorzowie, gdzie również byłem grającym trenerem.

Kto pamięta tamten zespół, tamtą Unię... Tadeusz Biliński, Henryk Łużyński, Zdzisław Dudziński, Wojciech Liszewski, Antoni Detyna, Romuald Buś, Albert Żurowski, Jerzy Wysocki, Zdzisław Barankiewicz, Henryk Broda, Jerzy Hanuszewski... I młodzi: Roman Grabowski, Kazimierz Rudziewicz, Waldemar Różyłło, Stanisław Wojciechowicz... Łza się w oku kręci. I jeszcze Wacław Borowy, jako kierownik drużyny i Janusz Budziszewski w roli szefa sekcji z ramienia zarządu klubu.

W sezonie 1959/60 Unia zajęła drugie miejsce w II lidze. Przymiarka wypadła obiecująco. W następnym sezonie awansowała do pierwszej ligi. W owych czasach był to olbrzymi sukces gorzowskiego sportu, który znany był w kraju przede wszystkim z dobrze zapowiadającego się żużla.

Pobyt beniaminka w ekstraklasie trwał tylko jeden sezon. Drużyna Świątkiewicza nie wygrała ani jednego meczu, zajęła ostatnie miejsce w tabeli i została zdegradowana. Jednym z powodów degradacji był brak w Gorzowie odpowiedniej sali, co zmusiło siatkarzy (już) Stilonu do podejmowania rywali w... Zielonej Górze, czyli praktycznie wszystkie mecze rozgrywali na wyjazdach. Inne przyczyny?

- Zespół wymagał wzmocnienia, a został osłabiony, bo w chwili awansu odeszli Grochowski i Hanuszewski. Średnia wieku przekroczyła 30 lat, potrzebna była świeża krew, brakowało młodych. Klub jednak nie potrafi otoczyć siatkarzy właściwą opieką, nie rozwiązano podstawowych spraw socjalno-bytowych zawodników. Stało się więc to, co stać się musiało.

Po spadku odeszli z zespołu kolejni siatkarze: Wysocki, Łużyniecki, Różyłło, Dudziń­ski. To był początek końca wielkiej siatkówki w Gorzowie. Później była druga liga, po reorganizacji liga międzywojewódzka i tak coraz niżej.

Świątkiewicz jeszcze grał, jeszcze trenował, jeszcze się szamotał z przeciwnościami losu. Szarpiąc nerwy, tracąc zdrowie nie mógł jednak wiele wskórać. Pożegnał się z klubem w 1972 roku. Dwa lata później sekcja siatkówki w Stilonie przestała istnieć.

Nauczyciel z zamiłowania

- Muszę wyznać, że zawsze chciałem być nauczycielem, że zawsze czułem się głównie nauczycielem. Ligowa siatkówka i praca trenerska to tylko hobby, traktowane z całą powagą i odpowiedzialnością, ale mimo wszystko hobby. Nauczanie dzieci i młodzieży sprawiło mi największą przyjemność, było wolne od nacisków, przymusów i stresów.

Prowadząc więc nawet zespół ligowy pracował jednocześnie, od 1960 roku, jako nauczyciel wychowania fizycznego. Początkowo w Technikum Ekonomicznym, nastę­pnie - po podziale Technikum Elektromechanicznego - w Technikum Mechanicznym. Z czasem prowadził także zajęcia w innych gorzowskich szkołach średnich, gdzie oczy­wiście popularyzował grę w siatkówkę.

Szkolił, wyszukiwał talenty, prowadził młodzieżowe zespoły bez względu na to, gdzie aktualnie pracował. Czy w szkole, czy w Kuratorium Oświaty i Wychowania, czy też w Oddziale Wojewódzkim Szkolnego Związku Sportowego, gdzie w 1986 roku doczekał się emerytury. Był nauczycielem i wychowawcą wielu dobrych siatkarzy, którzy zrobili w Polsce wielką karierę. Marek Czubiński, Roman Borówko, Ireneusz Kłos...

Było w Gorzowie dobrych siatkarzy wielu, nie było tylko dobrego zespołu. I nad tym Ryszard wespół z innymi bardzo bolał. Tradycje przecież były piękne.

Trener z konieczności

Siatkarską schedę po Stilonie (i innych klubach) przejął AZS - AWF, akademicki klub, który niemal od samego zarania posiadał sekcję siatkówki. W drugiej połowie lat 70-tych męska drużyna AZS odgrywała wiodącą rolę w regionie, choć daleko jej było do dziewcząt, które znacznie szybciej pięły się w górę, awansując w 1980 roku do drugiej ligi, by z czasem pójść w rozsypkę.

Stilonowscy siatkarze tamtych lat…

W 1984 roku działacze podjęli męską decyzję. Zespół siatkarzy przeniesiony został do Stilonu, gdzie gwarantowano im warunki umożliwiające rozwój i awans sportowy. Siatkówka powróciła więc do klubu, w którym onegdaj zaszła tak wysoko. Na funkcję kierownika zespołu wrócił też Wacław Borowy. Trenerem był Marian Świątek, szkole­niowiec wielce zasłużony. Pracował wiele lat z młodzieżą w MZK Znicz i szkołach, AZS-ie, teraz w Stilonie. Poczęli także wracać z Polski zawodnicy z gorzowskim rodowodem. Paweł Rozesłaniec, Marek Cholawo i inni.

W 1985 roku gorzowianie występowali już w drugiej lidze. Z klasy międzywojewódzkiej to był duży skok, a marzył się jeszcze większy. Wzmocnieni Markiem Czubińskim, który wrócił na stare śmieci po latach gry w szczecińskiej Stali Stocznia. Drugoligowa inauguracja nie była zbytnio udana. Zespół grał w kratkę: w sobotę wygrywał, by w niedzielę przegrać. Stało się niemal regułą. Po pięciu kolejkach trener Świątek złożył dymisję, która została przyjęta.

Działacze Stilonu nie szukali nowego trenera daleko. Wszak w zasięgu ręki był Ryszard Świątkiewicz. Człowiek z autorytetem, wiedzą i doświadczeniem, któremu zwyczajnie ufali, choć on się do tego wcale nie palił. Świątkiewicz nie z tych, co każdą okazję traktują jak życiową szansę. Jego stać było na refleksję, chwilę zadumy i rozsądne spojrzenie.

- Zgodziłem się pod warunkiem, że moim najbliższym współpracownikiem będzie Jurek Gersternkorn, który był moim wychowankiem, miał odpowiednie kwalifikacje, a ja miałem do niego zaufanie. Powiedziałem także, iż poprowadzę drużynę tylko do końca sezonu. Nie chciałem się wiązać na dłużej, czułem się na to za stary.

Po sezonie 1985/86, kiedy to siatkarze zajęli drugie miejsce w drugiej lidze, zrodziły się nadzieje na awans do ekstraklasy w następnym roku. Świątkiewicz dał się skusić, zgodził się popracować jeszcze jeden sezon z drużyną. Chciał jeszcze raz, trzeci w swym trenerskim życiu, przeżyć radość wprowadzenia zespołu do grona najlepszych w kraju.

Kadra aspirantów do pierwszej ligi prezentowała się nieźle. Oprócz wcześniej wspomnianych byli: Jan Gumienny, Waldemar Malinowski, Jerzy Pietrzak, Jacek Kuźmiński, Leszek Krawiecki, Robert Kowalski, Janusz Malinowski, Leszek Kozyr, Paweł Raczyński. Później do nich doszli m. in. Witold Roman, Marcin Zarzycki, Andrzej Dworczanin i Roman Bartuzi. Ta mieszanka rutyny z młodością dała spodziewane efekty. Mimo różnych braków i słabości gorzowianie w wyścigu do siatkarskiej ekstra­klasy okazali się najlepsi.

Wszyscy się cieszyli. Tylko R. Świątkiewicz był tym radosnym dla niego faktem trochę zmartwiony.

- Na dobrą sprawę można było jeszcze rok poczekać z awansem, dać zawodnikom czas na zgranie, okrzepnięcie, opanowanie wielu elementów taktyki i techniki. Zespół jest młody, przyszłość dopiero przed nim. Skoro jednak awansowaliśmy to wypada się cieszyć, choć brak doświadczenia i ligowego ogrania może okazać się zgubnym w skutkach, może nas spotkać degradacja. Najważniejsze, jeśli spadniemy, nie dopuścić do rozpadu drużyny.

Tak mówił w kwietniu 1987 roku, krótko po wywalczeniu awansu. I uczynił to, co obiecał uczynić: zrezygnował z prowadzenia pierwszoligowego już zespołu. Na nic tym razem zdały się namowy, prośby i pretensje. Postanowił.

- W drugiej lidze gra ma jeszcze coś wspólnego z amatorską zabawą. W ekstraklasie natomiast obowiązują bezlitosne prawa walki o byt. Walki bezwzględnej, wyczerpującej i nie zawsze prowadzonej uczciwie. Ja się do tego nie nadaję, jestem fizycznie i psychicznie zmęczony, wyczerpany. Nie mam już zdrowia na pierwszą ligę. Od 30 lat nie miałem porządnego urlopu, bo ciągle jakieś zajęcia, ciągle praca. Chcę wreszcie odpocząć. Zespół może dalej poprowadzić Jurek Gersternkorn, który ma odpowiednie kwalifikacje i zna chłopaków.

Koordynator z wyboru

W klubie jednak pozostał. W charakterze trenera koordynatora, czyli człowieka, który mimo wiedzy i doświadczenia nie ma większego wpływu na prowadzenie pierwszego zespołu, choćby nawet dawał światłe rady i wskazówki. Tak wszędzie się dzieje. Tak było i w Stilonie.

Nie uciekł więc od siatkówki. Nie uciekł też przed zawałem. Nie mógł...

Zespół zmierzał wyraźnie z powrotem do drugiej ligi. Dlaczego? Co się stało?

Zespół grał słabo. Może popełniono jakieś błędy w przygotowaniach, może za dużo było kontuzji, może trener nie postępował jak trzeba, może awans był przedwczesny, może miała miejsce zmowa mocnych pierwszej ligi? Może... W każdym razie rozstał się z klubem Jerzy Gersternkorn, podziękował za współpracę Wacław Borowy.

Było coraz gorzej.

Z nim również. Bardzo to wszystko przeżył. Analizował, szukał odpowiedzi na dręczące go pytania, a kiedy znajdował - radził, sugerował, podpowiadał. Koordynatora nikt jednak nie musiał słuchać. Bardzo tym się przejmował. Odpowiedzialności nie miał praktycznie żadnej, ale sam przed sobą bezlitośnie się rozliczał. Po co? Doszło do tego, że we śnie rozgrywał całe partie, mecze.

No i zawał stał się faktem. Tydzień spędził na oddziale intensywnej terapii. Dwa następne przeleżał na sali ogólnej. Wyszedł ze szpitala na własne żądanie, ale wcześniej musiał obiecać, że nie pójdzie od razu na mecz. Obiecał. Zrozumiał, że musi uważać na swoje serce. Chce jeszcze pożyć. Rzucił palenie, zaczął jeść miodowe ciasteczka i popijać je nalewką na chińskich grzybkach, które zięć kupił gdzieś od marynarzy.

Wyszedł z zawału obronną ręką. Przypomina mu tylko o tym kartka z wynikami badań EKG, na której stoi jak wół: "Pozostała blizna po zawale ściany dolnej". Pamięta o tym, choć znów zaczął chodzić na mecze, znów się zaangażował.

Drużyna przegrała walkę o pierwszoligowy byt, mimo iż zajął się nią Wojciech Góra, szkoleniowiec z Warszawy, którego wychowankowie zasilają gorzowską siatkówkę. Wszystkim było żal, jemu najbardziej. Bo zawierzył, bo zaufał, bo miał nadzieję... l był trenerem koordynatorem.

Kierownik z potrzeby

Wbrew poważnym obawom, po spadku nie rozgrabiono Stilonu. Odeszli jedyni najstarsi, najbardziej wyeksploatowani zawodnicy. Ich miejsce zajęli młodzi, obiecujący, na dorobku, z ambicjami. Zresztą ambicją wszystkich stał się powrót do ekstraklasy. Także trenera Ryszarda Dońka, który zgodził się poprowadzić zespół. Asystentem trenera pozostał Leszek Krawiecki, a w roli kierownika drużyny pojawił się Ryszard Świątkiewicz.

- Odeszli od zespołu pewni ludzie, powstała sytuacja bezkrólewia, nie było komu zająć się tą robotą. Zgodziłem się, bo chciałem zespołowi pomóc. Tym bardziej, że trener Doniek przyszedł z zewnątrz, nie znał środowiska, zawodników i potrzebny był mu ktoś ze znajomością spraw i ludzi. Po prostu była taka potrzeba. Ja też odczuwałem potrzebę bliższego kontaktu z siatkówką, bo było nie było, ale kawałek swego życia z nią spędziłem. Dlatego zacząłem funkcjonować jako kierownik drużyny.

W tej roli wytrwał do 1990 roku. Odszedł, bo tak trzeba było. Od tej pory jest już raczej tylko kibicem. Cieszył go powrót do pierwszej ligi. Martwią porażki. Niepokoją zmiany trenerów. Waldemar Kuczewski, Walery Krawczenko, Hubert Wagner, Waldemar Wspaniały... Dobrze, że choć Marek Czubiński po zakończeniu kariery zawodniczej trwa przy zespole jako kierownik drużyny, a jak trzeba to i szkoleniowcem być potrafi. Trochę mu żal, że wyjechali z Gorzowa Witold Roman, Jarosław Wojczuk, a przede wszystkim Roman Bartuzi...

Jak to dobrze, że rosną następcy. Szkoleni przez Edwarda Radomskiego, Stanisława Kurysia, Mariana Świątka i innych. Jest nadzieja, że siatkówka w Gorzowie nie zginie.

Może więc spokojnie, jak na zasłużonego emeryta po zawale przystało, zajmować się działką, od czasu do czasu pojechać z przyjaciółmi na ryby i porozmawiać o tym, jak to kiedyś było... Ale o siatkówce nie zapomina.

 

Jan Delijewski

Od redakcji: Ryszard Świątkiewicz zmarł w 1998 roku Pamięć o Nim jednak trwa, także dzięki memoriałowi Jego imienia, który w tym roku odbył się już po raz piętnasty.

 

X

Napisz do nas!

wpisz kod z obrazka

W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych i na potrzeby wtyczek portali społecznościowych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki.
Zrozumiałem, nie pokazuj ponownie tego okna.
x