Echogorzowa logo

wiadomości z Gorzowa Wlkp., publicystyka, sport, żużel, felietony, blogi

Jesteś tutaj » Home » Zdarzyło się kiedyś »
Arety, Marty, Marcina , 24 października 2021

Jakże byliśmy szczęśliwi…

2012-11-10, Zdarzyło się kiedyś

medium_news_header_1990.jpg

Gorzowscy piłkarze ręczni, występujący obecnie pod szyldem Gorzowskiego Stowarzyszenia Piłki Ręcznej, z wielkim trudem próbują się odnaleźć w I lidze i nie wiadomo co z nimi dalej będzie. Wiele kibiców doskonale pamięta jednak czasy, kiedy nasi szczypiorniści w barwach AZS AWF grali w lidze z najlepszymi drużynami w kraju, a hala przy Czereśniowej pękała w szwach. Jednym z bohaterów i  współautorów tamtych sukcesów był trener Michał Kaniowski. Przypominamy jego sylwetkę, tamte mecze i tamtą drużynę w reportażu Jan Delijewskiego, zamieszczonym w książce „Przygody ze sportem”, która została wydana przez  Agencję DEJAMIR w 1995 roku.

Chłopska natura


Pamięta pan te mecze z Pogonią Szczecin? Wtedy w kwietniu 1983 roku... Te wiwatujące tłumy widzów, którzy ledwo się mieścili w hali przy ulicy Czereśniowej... Tych uradowanych chłopców, którzy rzucali się sobie w ramiona... Tak, to prawda, zapłakałem jak dziecko... Inni również płakali...

Byłem wówczas chyba najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Piętnaście lat pracowałem na ten dzień... Awansowaliśmy do pierwszej ligi... Ostatnie mecze z drużyną Ostrowa, która była jednym z najgroźniejszych rywali, nie miały już znaczenia.
Mieliśmy mówić o mnie? Dobrze, ale nie mogę opowiadać o sobie nie mówiąc o piłce ręcznej. Tej dyscyplinie sportu poświęciłem kawał swego życia i nie potrafię już bez niej istnieć. Za to mogę powiedzieć, że udało mi się czegoś dokonać, że coś mi wyszło, że nie zmarnowałem lat pracy swojej i innych. Miałem olbrzymią satysfakcję, że wspólnie z chłopakami zawierzyliśmy sobie nawzajem i nie zawiedliśmy się na sobie. Dzięki wspólnej pracy znaleźliśmy się w ekstraklasie, byliśmy w gronie dziesięciu najlepszych drużyn w kraju. Właśnie, dzięki pracy - żmudnej, codziennej, męczącej i wyczerpującej. Pierwszej ligi nikt nam nie dał w prezencie, nie przyszła do nas sama, to my musieliśmy się do niej wdrapywać latami, krok po kroku.
Wiem, że słowa o pracy brzmią trochę staroświecko, jak wyświechtane frazesy. Zwłaszcza w uszach młodych ludzi, dla których praca bywa czasem jedynie sposobem na zdobycie środków do życia. Niczym więcej. Dla mnie moja praca stała się sensem istnienia, świętością, której jestem wierny.
Zanadto przeżywam? Być może. Inaczej nie potrafię, nie umiem. Taka już we mnie chłopska natura... Nic na to nie poradzę.
Tak, urodziłem się i wychowałem na wsi. W Krzeszycach. Do szkoły pod górkę nie miałem, ale wcale lekko mi nie było. Kiedy miałem dwanaście lat, w 1958 roku straciłem ojca. Mieliśmy gospodarstwo. Siedem hektarów ziemi i trochę inwentarza. Było co robić, byłem bowiem jedynym mężczyzną w domu. Starsi bracia wyfrunęli w świat, pozakładali woje rodziny i żyli własnym życiem. Ja musiałem żyć i pracować na gospodarce.
Już wtedy interesowałem się sportem. Trochę grałem w piłkę nożną, trochę ręczną. W szczypiorniaka, jak to się kiedyś mówiło, nauczył mnie grać nauczyciel krzeszyckiej szkoły, pan Jan Kopij. On był moim pierwszym nauczycielem.
Najbardziej jednak lubiłem jazdę na rowerze. A to za sprawą popularnego gorzowskiego kolarza - Michała Kędziory. Tak mi zaimponował, że zacząłem trenować jak szalony. Po lekcjach szedłem w pole, a wieczorami wsiadłem na rower i ścigałem się sam ze sobą po okolicznych drogach. Aż ludzie ze zdziwieniem przystawali, kręcili głowami i mówili, że młody Michał Kaniowski chyba zwariował, bo po robocie zamiast odpoczywać ugania się bez celu na rowerze.
Od nauki jednak nie stroniłem, nie trzeba było mnie do niej zapędzać. Dlatego, kiedy skończyłem szkołę podstawową mama powiedziała: słuchaj Michał, na gospodarce pracować nie musisz, jak chcesz się dalej uczyć, to idź do szkół. Chciałem się uczyć, chciałem być nauczycielem. Poszedłem więc do szkół. Wybrałem Liceum Pedagogiczne w Gorzowie, do którego przyjęto mnie w 1960 roku.
Nauka, nauką, ale coś trzeba było robić z wolnym czasem. Nie byłem przyzwyczajony do biernego siedzenia z założonymi rękami i gadania o nudzie. Wybrałem sport. Trafiłem do drużyny piłki ręcznej w gorzowskiej Warcie, gdzie trenerem był pan Jerzy Piątek. Nigdy tego nie żałowałem...
To były piękne lata, piękne chwile przeżywaliśmy w Warcie. To nie był zwykły zespół zawodników, z których każdy ciągnął w swoją stronę, żył własnym życiem. To była paczka dobrych kolegów. Dla nas gra była przede wszystkim przyjemnością, frajdą. Na treningi i mecze przychodziliśmy jak na jakieś spotkania towarzyskie. Żeby trochę pograć, porozmawiać, pożartować, zabawić się. Wie pan jak to jest - jednym do towarzystwa potrzeba piwa, innym wystarczy piłka, by czuć się znakomicie.

Marian Kaczmarczyk, Edek Cieślewicz, Gienek Woźniak, Wiesiek Zaborowski, Andrzej Borus, Rysiek Przybieg, Rysiu Straszyński. Z nimi grałem, z nimi przyjaźnię się do dzisiaj… Czy to nie było, nie jest fajne? Piłka ręczna złączyła nas na dobre i złe. Traktowaliśmy bowiem sport  jako coś naturalnego, normalnego, wynikającego z wewnętrznej potrzeby, a nie z jakiejś tam konieczności. My tylko mogliśmy i bardzo chcieliśmy. To wszystko.

1966 roku ukończyłem liceum i złożyłem podanie do Wyższej Szkoły Wychowania Fizycznego we Wrocławiu. 

Zespół Warty, gdzie była kolebka sportu.

 Odrzucono mnie już podczas wstępnych badań lekarskich. Stwierdzili, że coś tam z sercem jest nie tak. Rad nie rad wróciłem do Gorzowa z zamiarem kontynuowania nauki w Studium Nauczycielskim. Oczywiście wybrałem wychowanie fizyczne. Przyjęto mnie, a jakże, ale na... wychowanie muzyczne.. Brakowało muzyków... Dopiero po jakimś czasie udało mi się załatwić przeniesienie na wychowanie fizyczne.

W 1968 roku miałem już za sobą SN i rozglądałem się za pracą. Wcale nie było o nią łatwo, bo nauczycieli nie brakowało. W końcu po wielu staraniach otrzymałem posadę w Szkole Podstawowej nr 2 przy ulicy Okólnej na osiedlu Dolinki. Jako wuefista pracowałem z dziewczętami. Jednocześnie, trochę na dziko, wspólnie z panem Konstantym Wiśniewskim uczyliśmy grupę chłopców gry w piłkę ręczną. Był w niej między innymi Marek Kozielski i Marian Robak. Tak, ci sami, z którymi później wywalczyliśmy pierwszą ligę.
W szkole pracowałem przez kilka lat. Zdążyłem w tym czasie ukończyć zaocznie studia w Akademii Wychowania Fizycznego i uzyskać uprawnienia trenera piłki ręcznej. Szybko i gładko mi poszło? Nie, to tylko się tak opowiada: ukończyłem, uzyskałem, zrobiłem. Każdy, kto do czegoś w życiu dochodzi o własnych siłach, wie co to znaczy, zrozumie ile trzeba zdrowia, siły, samozaparcia, by temu podołać. Zresztą wtedy nad wszystkim nawet się nie zastanawiałem. Po prostu pracowałem, uczyłem się, pracowałem... Refleksje przychodzą z czasem.
W 1974 roku przeszedłem do gorzowskiej filii poznańskiej AWF. Zbiegło się to w czasie z przejęciem przez akademicki klub, AZS, piłkarzy ręcznych Warty, którzy szukali warunków rozwoju. Warta podupadła i nie mieli tam radosnych perspektyw. Zająłem się tym zespołem.
Grał jeszcze Marian Kaczmarczyk, Rysiu Straszyński, Rysiu Przybieg, Marcel Kalina... Sukcesywnie przychodzili młodzi. Jurek Górski, Marian Robak, Marek Kozielski, Józek Franciszkowski, Edek i Leszek Roszakowie, Jurek Lorentz. I tak niewinnie to się zaczęło. Długo graliśmy głównie dla siebie. Nikt się nami specjalnie nie interesował, nie rozpieszczał. Piłka ręczna to była jakby nasza wewnętrzna sprawa, do której nikt za bardzo nie miał ochoty się wtrącać. Czasem to bolało, było nam przykro. Zaciskaliśmy jednak zęby z postanowieniem, że mimo wszystko nie damy się, że się nie rozsypiemy, że przetrwamy na przekór złym wróżbom, prognozom, a nawet pragnieniom niektórych działaczy.
Występowaliśmy w klasie międzywojewódzkiej. Przestałem być zawodnikiem, stałem się wyłącznie trenerem. Rozumieliśmy się dobrze - nikt nikomu niczego nie obiecywał, nikt do nikogo nie miał pretensji. Było jak było, tylko grać chcieliśmy lepiej, co w sporcie jest normalne. Nie, wielkich planów i oczekiwań nie było. Ot, utrzymać się i ewentualnie uplasować się oczko wyżej niż poprzednio.
Pojawiali się jednak młodzi. Widać było, że palą się do gry, że byle czym nie chcą się zadowolić. Nieśmiało pomyślałem, że można z tej gliny spróbować coś ulepić na kształt i miarę wyższej ligi. Tym bardziej, że w gorzowskich szkołach całkiem serio zajęto się piłką ręczną, że coraz więcej młodzieży grało. W "dwójce" moją pracę kontynuował Edek Cieślewicz i Rysiek Straszyński. W Technikum Mechanicznym szkoleniem adeptów zajmował się niezmordowany Konstanty Wiszniewski. Było z czym zaczynać, były jakieś podstawy, był punkt wyjścia.
Właściwie w 1977 roku wykrystalizował się trzon drużyny, która walczyła później o wyższe cele. Ze starszych pozostali Marcel Kalina i Rysiu Straszyński, z młodszych Górski, Robak, Kozielski. Do nich doszli Wiesiek Kuhnert, Sławek Diakonów, Tadek Koper, Tomek Łagoda, Piotrek Pękalski, Jurek Mamys, Stasiu Imański, Andrzej Pachoła, Olek Ryński. To był już zespół, który grał, który wywalczył awans do drugiej ligi w 1978 roku. Po awansie wzmocnił nas Waldek Paciorek, przybył Adam Szwedziak. No i był z nami już Jasiu Bąska, niezastąpiony jako kierownik drużyny.
Czy czegoś od nas żądano? Nie, raczej nie. W drugiej lidze zaczęto jednak poważniej nas traktować. Jak poważnie, niech świadczy następująca historia. Zaraz po awansie poproszono mnie o sporządzenie listy zawodników, których należy sprowadzić, aby utrzymać się w tej klasie rozgrywek. Zabolało mnie to. Ta nieznajomość drużyny, ta niewiara we mnie jako trenera i w możliwości chłopaków. Ale listę sporządziłem. Umieściłem na niej nazwiska czołowych graczy w kraju, same znakomitości polskiej piłki ręcznej. Nie pomyliłem się, nikogo nie ściągnięto do Gorzowa, bo było to przecież nierealne.
Wie pan, budowanie drużyny na zasadzie armii zaciężnej jest w moim przekonaniu najlepszym sposobem na obrócenie w niwecz wielu lat pracy od podstaw. Nauczyciele, szkoleniowcy tracą sens i wiarę w potrzebę swojej roboty. Jakie perspektywy mają młodzi, wychowankowie? Tym bardziej, że nieludzkie jest postępowanie w myśl powiedzenia, że murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść. Miałem tym chłopcom powiedzieć, że oni swoje już zrobili, że awansowali i teraz ważniejsza od nich jest liga? Zresztą, ja w ogóle wierzyłem, że wspólnie stać nas na jeszcze więcej. Przecież ja ich dobrze znałem, rosłem z nimi, wspólnie z nimi uczyłem się piłki ręcznej i życia...
Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Wzmocnienia i zmiany są potrzebne, niezbędne, ale z umiarem, rozsądnie przeprowadzane. To ma być naturalna kolej rzeczy, a nie rewolucja. To ma być zastrzyk wzmacniający, a nie transfuzja krwi. To ma być sport.
Kiedy pomyśleliśmy o pierwszej lidze? Odpowiem inaczej. Nikt awansu od nas nie żądał, choć sami planowaliśmy wejście do ekstraklasy w 1985 roku. Tak na poważnie przymierzaliśmy się w 1981 roku. Zrozumieliśmy wówczas, że awans jest dla nas koniecznością. Dlaczego? Ponieważ ci młodsi chłopcy stali się mężczyznami, pozakładali rodziny i musieli myśleć o jakiejś stabilizacji życiowej. Z czegoś musieli żyć, za coś utrzymywać swoje rodziny. A współczesny sport wyczynowy wymaga pełnego oddania, zaangażowania. To nie jest zabawa w sport, to życie podporządkowane sportowym celom. Byliśmy więc na etapie, że trzeba było sobie odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: gramy czy się bawimy. Powiedzieliśmy sobie, że gramy. O pierwszą ligę, bo w pierwszej lidze są stypendia sportowe, które rozwiążą kłopoty materialne zawodnikom. Awans był więc dla nas ratunkiem przed pójściem w rozsypkę i degradację.
Po raz kolejny zaufaliśmy sobie i nie zawiedliśmy się nawzajem. W 1983 roku świętowaliśmy wejście do pierwszej ligi. Marek Kozielski, Darek Molski, Stasiu Imański, Marian Robak, Piotrek Pękalski, Jurek Górski, Józef Myśliwiec, Wiesiek Kuhnert, Mariusz Czubak, Waldek Paciorek, Jacek Gołębiowski, Leszek Sadowy, Jasiu Szopa... Oni mieli największy w tym udział. Tak po prawdzie nikt się nie oszczędzał. Nie brakowało też trudnych, wręcz dramatycznych chwil. Jakich? Było, minęło. Chociaż...

 

 Jako AZS AWF przy Czereśniowej.

Pamięta pan, jak po pierwszej rundzie, kiedy awans był w zasięgu wyciągniętej ręki, o mało wszystko się nie rozleciało, nie poszło na marne? Klub nie wywiązał się ze swych zobowiązań względem zawodników - chodziło o obiecane nagrody - i część piłkarzy przerwała treningi, zamierzała porzucić zespół. Na szczęście konflikt udało się pomyślnie rozwiązać.Jak to przeżyłem? Ciężko. Rozumiałem zawodników, mieli sporo racji, ale żal było drużyny, która mogła się rozlecieć. Byłem rozgoryczony, że akurat w momencie, gdy jest taka szansa, są takie piękne perspektywy, oni powiedzieli, że mają dość. Jasne, że nie grali tylko dla własnej przyjemności i skoro ludzie płacili za bilety, aby ich oglądać, to im też coś się należało. Zwłaszcza, że szalenie trudno jest godzić naukę z uprawianiem sportu, a wielu z nich godziło. Kosztem rodziny i samych siebie.

Było, minęło... Byliśmy w pierwszej lidze! Jakże ja byłem szczęśliwy… Marzyłem o tym dniu długo lecz nigdy nie byłem pewien, że to marzenie się ziści. Może dlatego, że jestem względem siebie bardzo krytyczny, że ciągle miałem coś sobie do zarzucenia. Miałem także swoje problemy, kłopoty, miałem chwile załamań. Mnie również ciężko było godzić pracę szkoleniową z pracą na uczelni, gdzie w 1981 roku obroniłem doktorat.
A rodzina, dom? Na szczęście mam wyrozumiałą żonę. Nie tylko przejęła na swoje barki ciężar prowadzenia domu, to jeszcze podtrzymywała mnie na duchu, dopingowała do wytężonej pracy z drużyną. Cierpliwie się przy tym godząc na moją ciągłą nieobecność, bo treningi, bo zajęcia na uczelni, bo mecze, bo mnóstwo spraw do załatwienia...
Byliśmy głównym kandydatem do spadku, a jednak się utrzymaliśmy...
Pamięta pan mecz z Hutnikiem? Na minutę przed końcowym gwizdkiem prowadziliśmy 35:33. Musieliśmy ten mecz wygrać, ale wie pan, że w piłce ręcznej w ciągu minuty można stracić lub zdobyć kilka goli, można wszystko wygrać lub przegrać. Wtedy grają nerwy. Chłopcy wytrzymali. Przejęli piłkę i Jurek Górski podwyższył na 36:33. Później Marek Kozielski fantastycznie obronił strzał przeciwnika i Jurek z szybkiej kontry uzyskał kolejnego gola. Marek znów obronił i Mariusz Czubak doprowadził do stanu 38:33. l to był koniec meczu, i to był koniec rozterek, zwątpień. Zostaliśmy w ekstraklasie bez względu na wyniki ostatnich gier.
Znowu byłem bardzo, bardzo szczęśliwy. Kolejny cel został osiągnięty. Spełniło się kolejne marzenie...
Uczciwie na to zapracowaliśmy. Naszą siłą było to, że chłopcy stali się zespołem w pełni tego słowa znaczeniu, bo byli stąd, tu się urodzili, tu się wychowali i tu grali. Dla siebie, dla znajomych, dla kibiców, którzy dobrze ich znali, i tak naprawdę to oni najpierw trenowali i grali, a dopiero później myśleli o tym, co z tego mogą mieć. A zapłata im się należała. Jak za każdą uczciwą robotę.
Tak, marzyłem o tym, by piąć się w górę ligowej tabeli. Ale na to trzeba było czasu i warunków. Za pierwszym razem było ósme miejsce i za drugim także ósme. To już nie było to samo. Byłem zmęczony tym ustawicznym szamotaniem się między oczekiwaniami a możliwościami, między rodziną, uczelnią i piłką ręczną. AZS jako klub nie dorastał do wymogów pierwszej ligi. Jak większość klubów akademickich, które w sporcie stały się ubogimi krewnymi.
Dlatego dobrze się stało, że sekcja i drużyna przekazane zostały do Stali, aczkolwiek brak zaplecza treningowego w tym klubie był kolejną wielką trudnością i przeszkodą w utrzymaniu pierwszoligowego poziomu.
Mnie to już jednak bezpośrednio nie dotyczyło. Zespół prowadził Krystian Norek, mój asystent, któremu powierzono funkcję pierwszego trenera. Chciałem wreszcie odpocząć od tej ligowej przepychanki, oderwać się trochę od tej ustawicznej nerwówki. Dlatego zrezygnowałem, choć nie odciąłem się od piłki ręcznej, od drużyny. Nie mogłem przecież zapomnieć, odciąć się od czegoś, co tyle lat współtworzyłem. Trochę więc pomagałem Krystianowi, który całkiem dobrze sobie radził. Procentowało również doświadczenie, ogranie w lidze. Nie bez znaczenia był też normalnie ustawiony wreszcie system motywacyjno-premiowy, który w Stali był możliwy do wprowadzenia. Stąd wzięło się to piąte miejsce w lidze w sezonie 1985/86. To był spory sukces.
W następnym sezonie wróciłem oficjalnie do drużyny, którą prowadziliśmy wspólnie z Krystianem. Sam nie chciałem, nie mogłem. Byłoby to nie fair względem Krystiana, a poza tym zaangażowałem się do pomocy trenerowi kadry narodowej. Nie ukrywam, że ta nowa przygoda bardzo mnie pociągała. To był już wyższy stopień wtajemniczenia. Każdy człowiek z ambicjami dałby się skusić.
Jeszcze zespół grał nieźle, jeszcze się obronił przed degradacją, ale widać było, że toczy się po równi pochyłej. Permanentnie osłabiany... Wyjechał Paciorek, odeszli Sadowy i Górski, zakończyli swą grę w Gorzowie Zieliński i Durski... Wpuszczany do hali Stilonu w miarę możliwości i konieczności, bo w pierwszej kolejności trenowali swoi... W chłopakach coś się wypaliło... Nie pomogło zatrudnienie trenera Zygmunta Jakubika... Wiosną 1988 roku drużyna pożegnała się z pierwszą ligą. Później była druga liga, zmiana klubu, sponsorów... Kolejna degradacja... Pozostała piłka ręczna na poziomie rekreacyjnym. Ot grupa zapaleńców gra dla własnej przyjemności... Jak kiedyś...
Czy się odrodzi?
Trudno powiedzieć, przewidzieć... Zależy od ludzi. Wierzę, że praca Zygmunta Dolinkiewicza, Andrzeja Cyglera, Jana Szopy, Ryszarda Straszyńskiego, Konstantego Wiśniewskiego i kilku innych, którzy w gorzowskich szkołach zajmują się szkoleniem młodych piłkarzy ręcznych przyniesie kiedyś owoce.
Nie uczestniczyłem w tym jednak już bezpośrednio. Moje trenerskie życie potoczyło się innym torem. Od 1986 roku jako drugi trener pomagałem Zenkowi Łakomemu w prowadzeniu drużyny narodowej. Po jego wyjeździe na kontrakt zagraniczny w 1990 roku przejąłem obowiązki szkoleniowca reprezentacji Polski. Prowadziłem ją przez dwa lata. Z różnych powodów nie udało nam się awansować do światowej elity, czyli grupy "A" mistrzostw świata, choć mieliśmy taką szansę. Odszedłem więc do reprezentacji i wróciłem na uczelnię.
Mój rozbrat z wyczynowym sportem nie trwał jednak długo. Jeszcze w 1992 roku otrzymałem propozycję poprowadzenia drugoligowego zespołu piłkarzy ręcznych VfL Bad Schwartau w Niemczech. Miasteczko 25-tysięczne, piękna hala, dużo zapału i drużyna w szczątkowym składzie. Postawiono przede mną zadanie odbudowy drużyny i awans do pierwszej ligi w 1995 roku... Awansowaliśmy już po roku. Co to było za święto!!! Jeszcze raz dane mi było przeżyć to, co dziesięć lat wcześniej doświadczyłem w Gorzowie. Chociaż... W Bad Schwartau cieszyli się niemal wszyscy mieszkańcy. Tam piłka ręczna jest sprawą całego miasteczka. Od przedszkolaków po emerytów...
Nie ma więc problemów ze sponsorami, kibicami, drużyną. Gramy, i to całkiem nieźle w pierwszej lidze. Mam kontrakt do czerwca 1996 roku i wówczas definitywnie zamierzam wrócić do Gorzowa. Może i tutaj uda się odbudować zespół na miarę ekstraklasy.
Jak pan myśli?
Jan Delijewski


 


 

X

Napisz do nas!

wpisz kod z obrazka

W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych i na potrzeby wtyczek portali społecznościowych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki.
Zrozumiałem, nie pokazuj ponownie tego okna.
x