W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Edwarda, Marleny, Seweryna , 23 października 2019

Bardzo krzepiąca opowieść o pewnym gorzowianinie

2019-04-05

Już we wtorek wieczorem wiedziałam, że coś się szykuje. Przemiły znajomy poinformował miasto, świat i przyległe galaktyki, że w gościach jest i czeka na tygodnik.

Mnie namawiać do czytania „Polityki” absolutnie przekonywać nie trzeba. Czytam od tak dawna, że nie pamiętam od kiedy. Kiedyś mnie płachtowy format tygodnika przeszkadzał, bo to była walka jakby z wiatrakami, żeby z płachtą sobie w tramwaju czy pociągu, a nawet w domu poradzić. Jak się redakcja przestawiła na obecny format, to trochę dziwaczyłam, bo jakieś to dziwne mnie się wydawało. Ale się przyzwyczaiłam i jest OK. I jak przemiły zapowiedział, to poczekałam te kilka godzin i w te dyrdy, jak zwykle w środę, poleciałam do znajomego kiosku. Kupiłam, roztworzyłam, jakby powiedział Kazimierz Furman, przekartkowałam i najbliższej paskudnej ławce przysiadłam, żeby przeczytać.

Piotr Pytlakowski przedstawił bowiem drogę Staszka Czerczaka od miłego chłopaka z dobrego domu do naziola, ogolonego półgłówka w glanach i fleyerce, który nawet własnego sąsiada był w stanie na kopach roznieść za to, że był punkiem (jak ja go rozumiem….) i potem dalej do znów normalnego chłopaka, który miał siłę, podkreślam, miał siłę, wyzwolić się z oparów durnowatej i absolutnie skompromitowanej ideologii.

Czytałam, a w głowie wyświetlał mnie się film z tamtych czasów. Bo znam Staszka, zaliczam go zresztą do swoich przemiłych znajomych, właśnie od tamtych czasów, od czasów ogolonej głowy i fleyerki. Potem był moment wychodzenia z tego okropnego środowiska, aż po dziś, kiedy Staszek jest ojcem dwojga dzieci, ma super żonę, a sam osobiście misję mówienia o tym, że nazizm, każdy -izm jest zły.

Powiem tak, trudno jest się przyznawać do błędów, zwłaszcza takich. A jeszcze tak publicznie, w powadze własnego wizerunku, imienia i nazwiska oraz wagi wypowiadanego słowa, to już naprawdę coś niebywałego. To szalenie trudne, bo każdy chce wypadać jak najlepiej.

Gorzów za sprawą osoby Stanisława Czerczaka znów zaistniał w prestiżowym medium ogólnopolskim. Tym razem jednak wybitnie pozytywnie. Bo osobisty przykład Staszka pokazuje, że można się wyrwać z trujących oparów jakiejś ideologii, można, ale dużo to kosztuje. Można znaleźć białą ścieżkę mocy. Jak się nie ma tyle siły ile Staszek, można poszukać pomocy. Bo ją można znaleźć zawsze. Trzeba tylko chcieć. Trzeba zacząć otwierać oczy.

Oglądałam niedawno w jakiejś dziwnej telewizji fabularyzowany dokument o neonazistach w Niemczech w latach 80-90. XX wieku. Działo się to w Jenie. My w Polsce mamy szczątkową wiedzę o tym, co się tam wówczas działo. Trudno się dziwić, że Niemcy się tą traumą nie chwalili. Clou było takie, jak w tekście redaktora Piotra Pytlakowskiego. Pojedyncze jednostki z wolna miały dość ideologii, dość fleyerek i ogolonych głów. Pojedynczym osobom udało się uciec od tej oszalałej, skompromitowanej i skrajnie niebezpiecznej ideologii. Podobnie jak Staszkowi. Można? Można. Trzeba tylko otworzyć oczy. Zawalczyć o siebie. Jak się uda, to samemu. Jak nie, to przy pomocy innych. Zawsze się znajdzie ktoś, kto pomoże. Choćby sam Staszek i jego przyjaciele. Rzadko namawiam do sięgania po inne media, ale teraz namawiam – przeczytajcie ten tekst w „Polityce”. Można kupić tygodnik, ale można pójść do książnicy i w czytelni czasopism przeczytać. Naprawdę warto.

A Staszka podziwiam jeszcze bardziej. Bo jak napisałam wcześniej, znałam go z tamtych czasów. Ale jak się okazuje, poznałam i jego przyjaciela Grzesia.

I może to trochę patetycznie zabrzmi. Ja się generalnie boję tylko psów. Choć je szalenie lubię. A mam tak, że zawsze staję po stronie słabszych, nawet jeśli stanie przede mną półgłówek w glanach z ogoloną głową i odziany we fleyerkę. Tych się akurat najmniej boję.

Staszek, czapki z głów…. Czapki z głów.

A teraz króciutko z drugiego kątka. Otóż szlam sobie do pracy i już się cieszyłam na to, że sobie się osobiście pogapię na kwitnące żonkilki. Zresztą zrobiłam im zdjęcie. Malusia kępka przy Białym Kościele była. Doszłam i tu zonk. Ktoś te kwiatki zwyczajnie ściął. Jestem przyzwyczajona, że gorzowianie kradną, bo tak to trzeba nazwać, kwiatki z gazonów miejskich. Bo uważają, że lepiej te brateczki czy inne, których imion nie znam, będą się prezentowały w ich prywatnych ogródkach czy skrzynkach okiennych. Oczywiście tego nie rozumiem, ale cóż. Natomiast absolutnie nie byłam przygotowana, że ktoś ukradnie kwitnące żonkilki. Tak ładnie wyglądały na tle Białego Kościoła. Zrobiło mnie się absolutnie i maksymalnie przykro. Złodziejowi, który połaszczył się na te żonkilki, życzę jak najgorzej, choć wiem, że karma wraca. Najgorzej…

Ps. Dziś mija dokładnie 20 lat od śmierci pani architekt Hanny Krąk-Gierałtowskiej, współautorki odbudowy gorzowskiego śródmieścia. To pani Hanna z mężem Włodzimierzem wymyśliła taki a nie inny kształt centrum po pożodze wyrządzonej przez przemarsz Armii Czerwonej przez miasto w drodze na Zachód, na bitwę najpierw kostrzyńską, potem seelowską a na koniec berlińską. Miasto nasze zresztą mocno się naczekało na zabudowę wypalonego centrum. Wyszło, jak wyszło i jest, jak jest. Mniej lub bardziej paskudnie, ale jest. Trzeba też pamiętać, że w tamtych czasach innej opcji nie było. I opcja ta przestała się podobać, kiedy zmieniła się polityczna optyka. Można być wdzięcznym, można nie być, ale pamiętać warto.

Ps. 2. Jakby kto chciał sobie Staszka Czerczaka poznać, to może tu, u nas w Echo… http://www.echogorzowa.pl/news/5/rozmowa-tygodnia/2018-05-09/strach-sie-bac-tego-co-sie-moze-wydarzyc-21706.html.