W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
Jesteś tutaj » Home » Sport - żużel »
Amelii, Dobromira, Leonarda , 30 marca 2020

Pojechał na rowerze w mistrzostwach świata

2020-01-28

- Tak naprawdę przykładałem się jedynie do biegów z Jancarzem. Edek sam żartował, że zależy mi jedynie na zwycięstwach z nim – opowiada Ryszard Fabiszewski, jeden z członków żużlowej ,,złotej drużyny’’ Stali Gorzów lat 70.

medium_news_header_26808.jpg

Popularny ,,Cygan’’, jak zwracali się do niego koledzy, urodził się 15 maja 1952 roku w Gorzowie. Karierę rozpoczął pod kierunkiem jeżdżącego wciąż trenera Andrzeja Pogorzelskiego, potem trafił pod skrzydła Edmunda Migosia. Zaczął jeździć na żużlu, choć ten sport wcale go nie pociągał. Tak przynajmniej mówi.

Żużel jak narkotyk

- Musiałem chyba zostać żużlowcem, bo byłem sąsiadem Migosia – przypomina. – Pewnego dnia koledzy ze szkoły poszli zapisać się do szkółki i poszedłem z nimi, żeby im towarzyszyć. Wcale nie miałem zamiaru się zgłaszać. Trafiliśmy jednak na Pogorzelskiego, który mnie od razu poznał, wiedział, że mieszkam obok Migosia i zapytał się, czy chcę spróbować. Trochę zaskoczony odpowiedziałem, że tak. Przejechać się na motocyklu, nic złego w tym nie widziałem. Odbyłem w sumie kilka treningów, bo nastała zima i na tor powróciłem dopiero wiosną – opowiada dalej.  

Powrót wiązał się ze zmianą trenera. Trafił już pod opiekę sąsiada, ale szybko dał sobie spokój, bo złamał obojczyk. Nawet po jego wyleczeniu nie ciągnęło go specjalnie na tor, ale ostatecznie powrócił wiosną 1971 roku. – Żużel zadziałał u mnie niczym narkotyk, dlatego wróciłem i zdałem egzamin licencyjny – dodał.

Ryszard Fabiszewski przez całą karierę miał jednak specyficzne podejście do sportu. Sam zresztą przyznaje, że przez lata nie kontrolował nawet z kim startuje. Jedynym, z którym toczył prestiżowe pojedynki był Edward Jancarz.

- Do biegów z jego udziałem przykładałem się bardziej i wielokrotnie wygrywałem. Edek czasami nawet z tego żartował – przyznaje.

Trzeba jednak zauważyć, że Fabiszewski miał smykałkę do ścigania, choć musiał rywalizować nie tylko z Jancarzem, ale i z trzema innymi bardzo zdolnymi zawodnikami – Bogusławem Nowakiem, Zenonem Plechem i Jerzym Rembasem. Dawał sobie radę. Może dlatego, że bardzo szybko przyszło mu jeździć już w lidze. Po zdaniu licencji od razu trafił do składu w miejsce ciężko kontuzjowanego Migosia, który po wiosennym wypadku na treningu z Plechem w 1971 roku najpierw walczył o powrót do zdrowia, potem sprawności.

Debiut ligowy Fabiszewski zaliczył w Bydgoszczy, ale tam mu nie poszło. Na pierwszy ligowy punkt musiał poczekać do spotkania na własnym torze ze Śląskiem Świętochłowice. Trzykrotnie przyjechał do mety na trzeciej pozycji i te pierwsze zdobycze natchnęły go do coraz skuteczniejszej jazdy. W 1973 roku był już czwartym zawodnikiem w zespole pod względem zdobyczy punktowej. Razem z bonusami przekroczył liczbę 100 punktów w 54 biegach. Mocno przyczynił się do drugiego w historii klubu złotego medalu w lidze, a pierwszego w swojej karierze.

W następnym roku było nieco gorzej, aczkolwiek warto odnotować, że na tarnowskim torze wywalczył brązowy medal w młodzieżowych indywidualnych mistrzostw Polski. Przegrał z Jerzym Rembasem oraz Gerardem Stachem. Nie miał za to szczęścia do finałów indywidualnych mistrzostw Polski. Pojechał tylko trzykrotnie. W debiucie w 1973 roku w Rybniku znalazł się na piętnastej pozycji, podobnie dwa lata później na częstochowskim torze. W 1978 roku w Gorzowie miał wyjątkowego pecha w tych wyjątkowo długo trwających zawodach. Liczba karamboli i powtórzeń biegów nie była wcale mniejsza niż na odbywających się w tamtych czasach imprezach młodzieżowych. Fabiszewski zaliczył dwa niebezpieczne upadki i musiał wycofać się z zawodów. Skończyło się na trzynastej pozycji.

Zawieszony za 40 dolarów

Fabiszewski, choć w klubie był w głębokim cieniu Jancarza, Plecha, Rembasa czy nawet aktualnego wówczas brązowego medalisty indywidualnych mistrzostw Polski Nowaka mógł osiągnąć spektakularny sukces na arenie międzynarodowej. W 1974 roku dostał bowiem szanse pojechania w eliminacjach do indywidualnych mistrzostw świata. Zaczął od szóstej pozycji we Wrocławiu w półfinale kontynentalnym z dorobkiem dziewięciu punktów. Potem był co prawda dziewiąty w finale kontynentalnym w Togliatti (przegrał wyścig dodatkowy z Grigorijem Chłynowskim), ale zyskał prawo startu w finale europejskim na Wembley za Jana Muchę, który tuż przed wyjazdem doznał kontuzji w trakcie jednego w turnieju o Złoty Kask i trafił do szpitala. Z finału europejskiego awans zapewniało sobie aż dwunastu zawodników (w tym jeden rezerwowy), była więc spora szansa na miejsce w finale światowym.

- Nie dostałem ostatecznie szansy walki o wyjazd do Göteborga, gdzie potem odbył się finał światowy – wspomina. – Powód był kuriozalny, rozbiło się praktycznie o 40 dolarów. Za tyle zostałem zawieszony w prawach reprezentanta Polski i wycofany ze startu na Wembley – opowiada kręcąc głową, nie mogąc do dzisiaj przeboleć straconej szansy.

Wszystko swój początek miało jednak miejsce wcześniej, w chwili, kiedy reprezentacja Polski wyjechała na lipcowe tournee do Wielkiej Brytanii. Dokładnie na siedem spotkań. W kadrze znalazł się również Fabiszewski, który opowiada nam, że jeżdżąc tam zarobił parę funtów, które przywiózł do Gorzowa. Jadąc z powrotem do Anglii pod koniec sierpnia wziął je na drobne wydatki. I tak został przemytnikiem dewiz, co raczyła zauważyć  ówczesna prasa lokalna.

- Nie zgłosiłem pieniędzy tego na granicy, celnik je znalazł i rozpętała się awantura. Zatrzymano mnie i nie pojechałem do Londynu. Dzisiaj wydaje się to być śmieszne, ale wtedy konsekwencje tego było znaczące. To zdarzenie mocno wyhamowało mój dalszy rozwój sportowy, jak i zmieniło podejście do sportu – przyznaje.

Do trzech razy sztuka

W sezonach 1973-74 Fabiszewski był o włos od startu w finałach drużynowych mistrzostw świata. W obu przypadkach pojechał w półfinałach. Najpierw w Bałakowie, gdzie wywalczył cztery punkty. Na finał na Wembley w jego miejsce wysłano Jerzego Szczakiela. Rok później gorzowianin świetnie spisał się w półfinale w Slanach, w których wywalczył dziewięć punktów w czterech startach. W chorzowskim finale pojechali jednak inni, on zaś musiał cierpieć za wspomniane 40 dolarów.  Dopiero za trzecim podejściem założył reprezentacyjny plastron i wystąpił w finale drużynowych mistrzostw świata. Było to we Wrocławiu w 1977 roku. Trzeba jednak przyznać, że tym razem dopisało mu szczęście, gdyż w ostatniej chwili wskoczył do składu za kontuzjowanego Plecha. Wcześniej nie jechał też w półfinale.

- Czy miło wracam pamięcią do wrocławskiego finału i zdobytego tam srebrnego medalu? Nie wiem tak naprawdę, ponieważ mój wkład w to wicemistrzostwo był niewielki. Powiem więcej, był bardzo skromny. Pojechałem tylko raz i na rowerze zdobyłem jeden punkt. Mówię, że na rowerze, bo ten motocykl, którym dysponowałem nie nadawał się na te zawody. Był bardzo słaby. Co prawda Edek Jancarz zaproponował mi, żebym pojechał na jego, ale bez treningu, bez poznania charakterystyki nowego dla mnie motocykla nie miało to sensu. Szczególnie, że zupełnie nie pasowało mi ustawienie kierownicy w jego motocyklu. Wolałem już przemęczyć się na własnym – wyjaśnia.

Dodajmy, że na wrocławskim torze wystąpił w wyścigu w miejsce Marka Cieślaka i przegrał z Michaelem Lee (pobił w tym biegu rekord wrocławskiego toru z czasem 71,6 sek.) i Janem Vernerem oraz pokonał Sorena Karlssona. - Start miałem nawet dobry, ale potem było już tylko gorzej – dodał.

Nagłe odejście

Na przestrzeni lat 1971-1982 Ryszard Fabiszewski przyczynił się do zdobycia przez Stal dziesięciu medali drużynowych mistrzostw Polski, w tym pięciu złotych, czterech srebrnych i jednego brązowego. Wystąpił w 173 spotkaniach i zdobył 1105,5 punktów. Tym samym znalazł się w klubie ,,Wybitnego reprezentanta Stali Gorzów’’ W 1983 roku przeszedł do Polonii Bydgoszcz w zaskakujących okolicznościach. Jak mówi, do sezonu przygotowywał się z zespołem, sam też montował sprzęt.

- Wziąłem stary motocykl, do którego włożyłem własne części. Kiedy przyszły pierwsze treningi szło mi bardzo dobrze i nagle pojawili się chętni na ten motocykl. Musiałem oddać, ale wcześniej wyjąłem moje części i znowu był to tylko stary grat. Coś też we mnie pękło i nie pojechałem na inauguracyjny mecz ligowy do Zielonej Góry. Przegraliśmy 38:52, ja natomiast zwróciłem się z prośbą o zwolnienie mnie z klubu i danie mi wolnej ręki – tłumaczy.

Działacze zgodzili się na roczne wypożyczenie Fabiszewskiego do Polonii Bydgoszcz, gdzie trenerem był Ryszard Nieścieruk. Poloniści nie stanowili żadnej konkurencji dla Stali, gdyż przez cały sezon musieli walczyć o uniknięcie spadku do drugiej ligi. Ostatecznie zajęli przedostatnie miejsce i pierwszoligowy byt uratowali w meczach barażowych z GKM-em Grudziądz.   

Po rocznym pobycie w Polonii, gorzowska Stal zgodziła się na transfer definitywny, ale początkowo chciała dosyć wysokiego ekwiwalentu. Skończyło się na niewielkiej kwocie, ale zanim pod koniec 1984 roku ,,Cygan’’ odstawił motocykl do warsztatu miał chwile radości i satysfakcji, kiedy to zaliczył świetny występ w meczu przeciwko Stali na bydgoskim torze.

- Nie byliśmy faworytem, bo nadal jeszcze byliśmy drużyną dolnych rejonów tabeli, a Stal broniła mistrzowskiego tytułu – mówi. – A jednak wyszło nam to spotkanie wręcz idealnie, wysoko pokonaliśmy gorzowian 56:34, a ja w trzech startach wywalczyłem osiem punktów. Czułem zadowolenie, aczkolwiek traktowałem ten mecz jak każdy inny – przyznał. Miał również okazję pojechać raz jeszcze na gorzowskim torze, ale w rewanżu już mu tak dobrze nie poszło. W trzech startach zdobył trzy punkty.

Nie przepadał za treningami

Decyzję o rozstaniu się ze sportem Ryszard Fabiszewski podjął ze względów zawodowych. Pojawiła się bowiem okazja do uruchomienia warsztatu ślusarskiego, a że były to bardzo trudne gospodarczo czasy długo się nie zastanawiał.

- Taka inwestycja dawała wówczas szansę na nieco lepsze życie. Przez lata zajmował się produkcją elementów hydraulicznych, a z zawodu był elektrykiem. Bardzo lubił grzebać także w silnikach.

- Bardzo lubiłem startować na torach mało, albo w ogóle nieznanych, bo miałem smykałkę do dobrego ustawienia parametrów motocykla – przypomina. – Czasami sam do siebie mówiłem, że jestem lepszym mechanikiem niż zawodnikiem. To zaprocentowało w pracy, gdyż prowadząc warsztat zajmowałem się też mechaniką. Nigdy natomiast nie ciągnęło mnie do zostania mechanikiem żużlowym – przyznaje.

Na początku kwietnia 2017 w żużlowej Alei Gwiazd na stadionie przy ul. Śląskiej pojawiła się pamiątkowa tablica z odciskiem dłoni Ryszarda Fabiszewskiego. Co ciekawe, sam bohater wydarzenia spóźnił się na uroczystość, bo pomyliły mu się daty. Jego koledzy nie byli tym faktem zaskoczeni, bo od razu przypomnieli, jak to w trakcie kariery Fabiszewski potrafił zapomnieć nawet o przyjeździe na mecz. Kiedyś Zenon Plech, choć sam w czasach młodzieńczych był ciekawa postacią, powiedział o koledze z zespołu, że jest wyjątkowym oryginałem. – Nie przepadał za treningami, wolał cały czas spędzić przy grzebaniu w silniku. Kiedy jednak wyjeżdżał na tor w trakcie zawodów potrafił wygrywać z najlepszymi, by zaraz przegrać z najsłabszymi. Taki był Rysiu – dodał Plech.

Robert Borowy

Fot. Jerzy Michalak, Robert Borowy i archiwum