Echogorzowa logo

wiadomości z Gorzowa Wlkp., publicystyka, sport, żużel, felietony, blogi

Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Łucji, Witolda, Wilhelma , 25 czerwca 2022

Po prostu pomaga się człowiekowi w potrzebie

2022-05-25, Rozmowa tygodnia

Z Jackiem Wiernickim, dyrektorem gorzowskiej firmy Metalplast i społecznikiem, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_33769.jpg
Dyrektor Jacek Wiernicki Fot. Renata Ochwat

- Panie Jacku, 24 lutego tego roku, włącza pan radio i słyszy – Rosjanie najechali na Ukrainę. Pana pierwsza myśl?

- (dłuższa chwila ciszy) Pomyślałem, że można się było tego spodziewać. Czekaliśmy na to już od dłuższego czasu, że to się musiało wydarzyć.

- Dlaczego pan tak pomyślał?

- Historia agresji Rosji na Ukrainę trwa już przecież od wielu lat. To jest praktycznie od 2014 roku, kiedy Rosjanie zaanektowali Krym i zajęli Donieck i Ługańsk. Ukraińcy są od wielu lat nam bliscy. Mamy z nimi kontakt na co dzień. Wielu mieszka z nami. Dzielą przestrzeń naszego miasta i naszego kraju w liczbie kilku milionów. I te informacje docierały do nas poprzez te osoby, ich rodziny, które tam zostały. Przeżywały tragedie, które tam miały miejsce od czasu próby tłumienia protestów na Majdanie, czyli od listopada 2013 roku. Dlatego też dużo się rozmawiało. I niestety, wszystko teraz zmierzało ku tej wojnie. A jeśli chodzi o emocje, to było przerażenie. Obawialiśmy się, że jest to początek czegoś większego. Rozpatrywaliśmy nawet kwestę III wojny światowej. Zjawisko to rozpatrywali także politolodzy, społecznicy, socjologowie. Nikt z nich nie był w stanie jednak przewidzieć, jak to wszystko się zacznie. Oczywiście nie chciałbym wróżyć, że to będzie miało jakąś bardziej globalną kontynuację. Mam nadzieję, że nasi koledzy zza wschodniej granicy odpowiednio rozprawią się z wrogiem. Na razie im się to udaje.

 

ZOBACZ:

Klasyczne strzyżenie brzytwą i nożem chińskim

 

- A druga pana myśl tego dnia, 24 lutego?

- Jak się przed tym wszystkim zabezpieczyć.

- I co pan wymyślił?

- Pierwsza rzecz, po jaką sięgnąłem, to informacje, co importujemy z Ukrainy. Jak wyglądają nasze relacje. Od początku byłem spokojny, jeśli chodzi o żywność. Bo mimo tego, że Ukraina jest w tej materii potęgą, to nas to, jako Polski czy Europy nie dotyka. Natomiast złoża już tak. Dlatego też wszystkie środki naszej firmy poszły w tym kierunku, aby się zabezpieczyć w te rzeczy, których za chwilę mogło brakować. Na szczęście po trzech miesiącach, od 24 lutego wiem, że nie jest aż tak źle, choć muszę przyznać, że deficyt się jednak pojawił. Ceny idą w górę, ale jednak się zabezpieczyliśmy, przynajmniej na pewien okres.

- A trzecia myśl jest taka, że trzeba będzie pomagać…

- Tak, oczywiście. No to bez dwóch zdań. Choć wiadomo, że w takiej sytuacji, w takim momencie myśli się przede wszystkim o swojej rodzinie, nie o sobie, ale o najbliższych. Natomiast nagle u naszych drzwi pojawiają się ludzie, którym trzeba, trzeba, bezwarunkowo należy pomóc. I tutaj, myślę, że nie tylko moja rodzina, ale w skali kraju bardzo dużo ludzi nie zastanawiało się długo, że trzeba pomóc. Przecież wojny towarzyszą nam od początku historii. Natomiast moje pokolenie  tego nie zna. To jest pierwsza wojna, która odbywa się tuż za granicami, tak naprawdę bardzo blisko nas. I od razu odczuliśmy to emocjonalnie. A po chwili fizycznie za sprawą tych wszystkich sąsiadów, którzy do nas dotarli, w większości kobiety i dzieci. Kobietom i dzieciom się nie odmawia.

- I natychmiast pan ruszył do pomocy.

- Tak, dokładnie. Ruszyliśmy do pomocy. Mam to szczęście, że mój tata – Augustyn Wiernicki prowadzi stowarzyszenie charytatywne, które po to funkcjonuje, po to jest, żeby pomagać. Nie ma tu podziału na narodowości, religie, pochodzenie, cokolwiek. Po prostu pomaga się człowiekowi w potrzebie. I tutaj, dlatego że od jakiegoś czasu zatrudniamy Ukraińców,  pojawiła się taka prośba, czy byłaby możliwości. No i zareagowaliśmy zero-jedynkowo.  Nie spodziewaliśmy się, że to będzie aż tak duża liczba ludzi. Myśleliśmy, że to będzie trwało dość wolno, będą to pojedyncze osoby, a nie, że w krótkim czasie pojawi się u nas ponad sto osób, a tak naprawdę to dwieście.

- Część z nich umieściliście w centrum przy ul. Słonecznej, a część pojechała do waszego ośrodka w Długiem. I co istotne, na cito uruchamialiście ten ośrodek.

- To prawda, ośrodek jeszcze do niedawna nie był przystosowany do funkcjonowania w okresie zimowym. Były tam pewne mankamenty związane z ogrzewaniem, zepsute grzejniki. Trzeba był to wszystko zorganizować i to spoczęło na moich barkach. Zorganizowałem materiał, fachowców, którzy już w momencie, kiedy pojawili się tam uchodźcy, pracowali z dnia na dzień, przygotowując do użytku kolejne pomieszczenia. Po to, żeby to były godne warunki do mieszkania. Proszę pamiętać, że w lutym temperatury były dość niskie.

 

ZOBACZ:

Problem narasta, bo daliśmy na to przyzwolenie

 

- Ale przecież pan sam, osobiście ruszył do pomocy. Sama byłam świadkiem, jak pan jeździł po dary, pracował przy załadunku samochodów, wyładunku. Prowadzi pan sporą firmą i jednocześnie pracował fizycznie na rzecz pomocy innym…

- Tak. Dokładnie tak to wtedy wyglądało.

- Ale dlaczego? Przecież jako dyrektor firmy mógł pan delegować do tej pracy swoich ludzi.

- Ciężko jest oczekiwać od drugiego człowieka pewnego poświęcenia. Ja miałem tę potrzebę. Chciałem pomóc. Natomiast powiedzieć drugiemu – idź i pomagaj za darmo – no, nie jest to takie proste. Człowiek boi się tego, że może usłyszeć – nie. Bo ktoś może nie chcieć. Dlatego też zorganizowałem firmę tak, żebym mógł sam to robić, żebym mógł poświęcić ten czas na pomoc innym. Tym bardziej, że zgłaszały się osoby, które chciały wspierać. Trzeba zaznaczyć, że byli to ludzie pochodzenia ukraińskiego.  Jeden z naszych pracowników mnie wspierał. Razem jeździliśmy. Każdy następny dzień pokazywał kolejne potrzeby. Pojawiały się ciągle nowe sytuacje. Nie było to tak, że byliśmy jakoś super zorganizowani. Są w Gorzowie pewne organizacje, które tym się zajęły profesjonalnie, natomiast my działaliśmy z dnia na dzień. Była potrzeba, była możliwość, czy to wywiezienia pewnych rzeczy do Ukrainy, czy zgromadzenia tutaj rzeczy potrzebnych na miejscu, to się to robiło. Muszę powiedzieć, że sami Ukraińcy byli świetnie zorganizowani. I dużo impulsów wychodziło właśnie od nich. Dzwonili do nas, informowali o tym, co jest potrzebne.

- Dla przykładu?

- Była taka sytuacja, że z moim pracownikiem i przyjacielem Jurijem pojechaliśmy w Polskę, kilkaset kilometrów tylko po to, żeby przywieźć całego busa rzeczy codziennego użytku potrzebnych do normalnego życia. Te dary zjechały do Polski, trzeba je było odebrać. O pomoc poprosiło nas Gorzowskie Centrum Pomocy Rodzinie. Nie zastanawialiśmy się zbyt długo. Pojechaliśmy, przywieźliśmy te rzeczy. I tak to funkcjonowało.

- A jak to wygląda w tej chwili?

- Z naszej strony sytuacja trochę się uspokoiła. Widzimy, że koledzy zza wschodniej granicy radzą sobie i ta wojna nie jest przegrana. Mam nadzieję, że to wszystko pójdzie w dobrym kierunku. Dlatego też te kobiety z dziećmi, które u nas zamieszkały, trochę inaczej reagują. Widać, że pewien ciężar z nich zszedł. Zaczynają się organizować. Dlatego też ta pomoc przeszła w inny charakter.

- Czyli?

- Taki bardziej animacyjny. Organizujemy różnego rodzaju spotkania animacyjne, zajęcia dla dzieci – tu wespół z panią Krystyną Omelchenko, żoną naszego pracownika, bo ona jest inicjatorką różnych zajęć dla dzieci polskich i ukraińskich. I one się odbywają w Filharmonii, ale i w Spichlerzu. I tu staramy się zorganizować autokar, farby dla dzieci i inne takie rzeczy.

- Pana ojciec, zaprawiony w bojach pomagania ludziom, Augustyn Wiernicki powiedział, że to nie będzie sprint, ale raczej i na pewno maraton. Zgadza się pan z taką tezą?

- Tak, oczywiście. My byśmy chcieli, aby to był sprint. Ale wszystko wskazuje, że to będzie maraton. U mnie w domu od początku wiedzieliśmy, że jesteśmy skazani na pewien rozdźwięk serwowany przez media, które podawały tę bardziej emocjonalną część tego, co się dzieje w Ukrainie. Natomiast ta strategia rosyjska nie jest aż tak bardzo nieudolna, jakby się wydawało. Widać, że mają duże zasoby i ta wojna jeszcze potrwa. Są to informacje, które docierają do nas z frontu od przyjaciół Ukraińców.

 

ZOBACZ:

Konferencja zmienia swoją formułę

 

- Jesteście w stanie pomagać przez długi czas?

- To nie jest proste. Myślę, że wszyscy Polacy, którzy na samym początku wojny zaangażowali się i mieli to serce na dłoni, już gdzieś z wolna tracą zapał, a bardziej możliwości. Pojawia się zmęczenie. Przecież to już jest trzy miesiące. A jeśli ktoś ma uchodźców w domu czy w inny sposób wspiera regularnie osoby z Ukrainy, ma prawo być zmęczony. A co będzie, jeśli pomyślimy o perspektywie roku? Tu bez systemowych rozwiązań nie jesteśmy w stanie tego pociągnąć. Pytanie, czy nasze państwo to pociągnie? Czy Unia Europejska nas wesprze? I tu się pojawia kolejna rzecz. Na początku to były emocje – chcieliśmy i wspieraliśmy. Dziś musimy całemu światu pokazać jacy jesteśmy. Pokazać, że jesteśmy gościnni,  innymi słowy, musimy żyć razem – my i Ukraińcy, wspierać się nawzajem, bo to jest w naszym wspólnym interesie, między innymi po to, aby świat widział, że warto w nas zainwestować.

- Dziękuję za rozmowę.

X

Napisz do nas!

wpisz kod z obrazka

W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych i na potrzeby wtyczek portali społecznościowych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki.
Zrozumiałem, nie pokazuj ponownie tego okna.
x